Tekst ten stanowi reakcję na dwa wpisy przedstawicieli starszego pokolenia Salonu24, autorstwa Pani Anny Lucasowej vel Rannal i Pana Michała St. de Zieleśkiewicza, z których to notek (a właściwie wpisów w ramach dyskusji pod nimi) wynika atencja obu Państwa dla Powstania Styczniowego, a w każdym razie dla Powstańców.
Poniekąd nie jestem tym zdziwiony. Czego bowiem dowiadywał się przedwojenny uczeń? Oto fragment podręcznika „Rocznice narodowe – wskazówki i materiały potrzebne dla urządzających obchody narodowe” pod redakcją Marii Bogusławskiej (rok 1926):
„Polska nie zawiodła nadziei; Polska powstała bo nie była głucha na jęki zdławionej ojczyzny. Polska powstała, aby po okresie boleśniejszych policzkowań i naigrywań być biczowana i na krzyż przybita, ze szczytu którego mogła rozpocząć królowanie ducha. Polska powstała, aby synowie jej rozpoczęli apostolstwo miłości, radości i ofiary dla kraju. Polska powstała, by dać początek erze ciągłego czuwania ducha, by letarg ojczyzny w wieczny sen nie przeszedł”. Dalej w podręczniku szereg bredni o „pięknie, odradzającej się sile, solidarności i jedności”.
Prawdę jednak napisała Maria Konopnicka (wiedząca z autopsji, czym było Powstanie):
Wiary naszej już szeregi
Topną, znikną jako śniegi…
Już złamana linia nasza,
Już w rozsypkę idą zbiegi.
Bije Moskwa ich w nieładzie,
Całe pole trupów kładzie,
Bije popłoch drugie tyle,
Leżą trupy aż na milę.
Tuman kurzu, krzyk na drodze…
- Gdzie rozkazy? Gdzie są wodze?
Gdzie te ręce, co wieść miały
I do boju i do chwały.
Ta ostatnia zwrotka, Panie Michale, boleśnie nasuwa skojarzenia z Wrześniem ’39 i marszałkiem Rydzem-Śmigłym. Ale to w gruncie rzeczy bez znaczenia – Rydz-Śmigły został postawiony w sytuacji obiektywnie bez wyjścia. „Wodze” Powstania Styczniowego postawili się w tej sytuacji sami.
Więc co z Wodzami, solidarnością i jednością? (Pani Rannal, za chwilę zobaczy Pani, że na otrzeźwienie inteligencja może w tym kraju czekać długo i bez powodzenia).
To, co opisuję, to drastyczny skrót pracy „Powstanie Styczniowe” Stefana Kieniewicza…
Dnia 17 lutego 1863 przybył wzywany od dawna przez przywódców powstania i desygnowany na jego dyktatora, Ludwik Mierosławki. Nie oznacza to, że był przez wszystkich Czerwonych oczekiwany z entuzjazmem. Stefan Bobrowki martwił się (obawy te podzielał Padlewski), że Mierosławski zechce obsadzać stanowiska „swoimi”. W związku z tym jeszcze Mierosławski nie przybył, a już rozmyślano, jak ograniczyć jego władzę. Początkowo Mierosławski nie stwarzał problemów, zorganizował sobie eskortę w postaci "oddziału" Kazimierza Mielęckiego i zajmował się głównie konstruowaniem „wozu bojowego” własnego pomysłu, który miał być lekarstwem na przewagę ogniową Moskali. Ponieważ prace nad „wozem bojowym” nie posuwały się naprzód, w wyniku dwóch pierwszych potyczek oddział stopniał o połowę. Mierosławski i Mielęcki przeżyli i natychmiast zaczęli się wzajemnie oskarżać o poniesione porażki (Pani Rannal, przypomina to coś Pani?). Doszło do rebelii i jeden z oficerów Mielęckiego o kilka kroków przymierzył się do Mierosławskiego z dubeltówki, szczęśliwie chybił, czy też broń mu nie wypaliła (…) Mierosławski po dwóch przegranych bitwach, po buncie, który zagroził jego życiu, doznał szoku nerwowego i rzucił sprawę, którą uznał za straconą. Pozbierał się po dwóch tygodniach i wrócił do walki – lecz dyktatury swojej ocalić już nie zdołał”. Tymczasem ksiądz Mikoszewski dalej bronił dyktatury Mierosławskiego, Giller nie chciał o tym słyszeć, Bobrowski opowiadał się za wyznaczeniem Mierosławskiemu terminu prekluzyjnego do 8 marca, Padlewski uchylił się od udziału w dyskusji. W końcu wylewając na księdza Mikoszewskiego kubeł pomyj wylano go, oraz ustalono prekluzję. Oskar Awejde stwierdził, że ksiądz przedstawiał dziwną mieszankę ambicji, próżności i płaskiego samochwalstwa z tchórzostwem, Józef Kajetan Janowski dorzucił miernotę, krzykacza i pyszałka.
W związku z tym, że Mierosławski nie wrócił na czas, rozpoczęły się „pertraktacje” białych i czerwonych. Ponieważ nie mogli się porozumieć, nastąpił impas. Ktoś naiwny wpadł na pomysł, że na dyktatora nada się człowiek „spoza układów”, czyli Marian Langiewicz, opromieniony kilkoma zwycięstwami w potyczkach (bitewkach…) z Moskalami. Nie potrafiono jednak ustalić, kto jest władny powierzyć mu dyktaturę i w jakim rozmiarze. Ustalono, że Langiewicz dowodzi i naród jest mu winny pełne posłuszeństwo, ale w części kraju zajętej przez nieprzyjaciela z upoważnienia dyktatora rozkazy wypełniać będzie Komisja Wykonawcza”. Jeśli to dla kogoś za trudne: Komisja Wykonawcza to w komplecie Rząd Tymczasowy, a „część kraju zajęta przez nieprzyjaciela” stanowiła 100% jego obszaru; po ulicach Warszawy krążyli policjanci szukający członków „rządu” jak pospolitych przestępców. Langiewicz usiłował zorientować się o co chodzi, ale jego przedstawiciela potraktowano jak kmiota, więc wkurzony Langiewicz „rozwiązał” Komisję Wykonawczą. Postanowiono usiąść do rozmów, ale w po drodze Langiewicz trafił na Moskali, został rozbity, a sam uciekł do Austrii, gdzie natychmiast trafił do paki.
Po miesiącu bałaganu spędzonego na debatach, czy Langiewicz jest jeszcze dyktatorem, czy już nie, doszło do konfliktu Bobrowskiego i Grabowskiego (Bobrowski popierał Langiewicza, drugi nie). Bobrowski nie podał ręki Grabowskiemu, ten wyzwał go na pojedynek. Bobrowski przedarł się z Warszawy przez obszary opanowane przez Moskali do Prus, gdzie Grabowski załatwił go pierwszym strzałem (Bobrowski był intelektualistą krótkowidzem, Grabowski „cynglem” w dosłownym tego słowa znaczeniu). Po tym wydarzeniu Biali oczywiście bardzo go żałowali („Wiadomość o Bobrowskim bardzo żałosna. Był najzdolniejszy w Komitecie Centralnym”).
Wkrótce potem Padlewski wpadł w ręce Moskali i został rozstrzelany. Ponieważ u patriotów przypadków nie ma, rozpoczęły się tarcia sprowadzające się do oskarżania białych przez czerwonych o zdradę. „Biały” Giller usiłował stworzyć „rząd”, ale miał trudności raz z powodu czerwonych, dwa bo Mierosławski zaczął w Krakowie tworzyć własną „dywizję” i nie chciał się Gillerowi podporządkować. Obie strony planowały uderzenie w kierunku Kielc i zaczęły wzajemnie zabierać sobie broń, odbijać oficerów i po prostu do siebie strzelać. Konflikt rozstrzygnęła Moskwa, rozwalając oba zgrupowania osobno. Tymczasem wśród ludzi odsuniętych przez Gillera zawiązał się spisek i dokonano zamachu stanu. 25 maja członkowie obalonego rządu otrzymali pisemne wezwanie do opuszczenia Warszawy w ciągu doby, pod karą śmierci. Naiwny Giller uwierzył w groźby i uciekł. Pozostali (m.in. Awejde i Janowski) zapytali kim jest nowy rząd, a zamiast odpowiedzi otrzymali propozycje stanowisk, które oczywiście przyjęli.
I tak dalej to szło… To jeśli chodzi o politykę. Na polu bitwy było jeszcze gorzej, nie chcę tym katować, choć jeśli kto będzie chciał, oczywiście mogę.
Pani Rannal – Powstanie Styczniowe było powstaniem inteligencji. I tak wyglądało. 70-80 lat później potrafiono w tej kwestii pięknie nakłamać i pokazywać „powstańców” jak bohaterów. Ale to nie zmienia faktu, że ten bałagan polski inteligent po prostu musi znieść. Jak to sobie uświadomić, to można żyć całkiem przyjemnie, bo, poza wszystkim, to jest po prostu fajny kraj, a nie tylko u nas drzemią pokłady samodestrukcji i debilizmu.
Panie Michale – uważa Pan, że warto zestawiać „powstańców” i margrabię Aleksandra Wielopolskiego, jakby to były dwie równoważne strony sensownego konfliktu?




Komentarze
Pokaż komentarze (28)