Nadszedł czas powiedzenia „sprawdzam” moim malezyjskim partnerom w organizowaniu wycieczki. Pierwsze biuro dopisało. Bilety na przelot do Kota Kinabalu i powrotne do Kuala Lumpur, czekały na lotnisku. Po niepełna 2 godzinnym locie wylądowaliśmy na Borneo. Kota Kinabalu, to borneańska metropolia, licząca ponad pół miliona mieszkańców. Widok nowoczesnego lotniska na Borneo był dla mnie szokiem. W pamieci miałam poprzednie lądowanie, od strony indonezyjskiej, gdy nasz samolot lądował w wielkiej kałuży, a odprawa paszportowa odbywała się w malutkim baraku. Samo miasto, nie odbiegało swoją zabudową, od niedużych miast w Malezji. Poza jednym, na szczęście nie było żadnych wieżowców. Przyjaciele, którym wiele opowiadałam o Borneo, byli lekko zawiedzeni. Pierwsze wrażenie daleko odbiegało od dzikości krainy orangutanów, plastycznie opisywanej przez mnie,kiedy namawiałam ich na ta wyprawę. Jakość drogi, która pokonywaliśmy z lotniska do hotelu,nie odbiegająca od polskich.Wszędzie wokół było widać zabudowania.Tylko ta bujna zieleń,wdzierająca się w każdy skrawek wolnej przestrzeni świadczyła, o tym, że nie wszystko tutaj jest idealnie kontrolowane.
Kolejny szok dla mnie to hotel. Hyat,wielopiętrowy, nowoczesny. Mieliśmy tam zabukowany nocleg przed ostatnim etapem podróży na Manukan, malutką wyspę, położonąw niedużej odległości od lądu. Łodzie pływały na Manukan tylko od świtu do zmierzchu. Musieliśmy wiec poczekać do rana.
Warunki w hotelu były najwyższego standardu europejskiego. Mieliśmy w dodatku pokoje na piętrze dla ViPów,z oddzielną recepcją na każdym piętrze. I z widokiem z okien na Morze Południowochińskie.. a z tarasu hotelowego, na góry na zachód od miasta, z rysującym się w dużej oddali najwyższym szczytem Kinabalu. Jak się później okazało, wyraźniej można było zobaczyć sam szczyt Kinabalu z łodzi.Oprócz luksusu w hotelu, „powaliła” nas cena noclegu; równowartość 110 zł.za pokój.
Rankiem mieliśmy sprawdzić działanie drugiego biura turystycznego, odpowiedzialnego za część pobytową na Manukan. Tu już było mniej europejsko. Autobus dowożący nas do przystani został podstawiony na czas, kierowca wręczył nam bilety na łódź. Podwiózł nas po drodze pod niewielki sklep,sugerując, ze dobrze byłoby zrobić zakupy żywności,bo na wyspie jest tylko mała restauracja, która nie oferuje śniadań. Potem sami musieliśmy dogadać się z przewoźnikiem. Po chwili, razem z bagażami (zważywszy na powód pobytu w Malezji, czyli szkolenie, oprócz plecaków i sprzętu turystycznego,mieliśmy sporo walizek)załadowaliśmy się do dość krucho wyglądającej, dużej,łodzi. Morze było pełne białych grzyw...Podróż mieliśmy niezbyt spokojną łódka wykonywała zgrabne „hopki: ,a na miejsce dotarliśmy z kompletnie przemoczonym bagażem. Sami przypominaliśmy zmokłe kury,co jakoś dziwnie bawiło naszego przewoźnika. Mocno podejrzewałam, że gdyby chciał, stopień zamoczenia i nas i bagażu byłby zdecydowanie mniejszy. Mimo dość niespokojnego oceanu. Wystarczyło dać nam folie, które miał pod ławeczkami.
Dopłynęliśmy do pomostu, dość daleko wychodzącego w ocean z uwagi na płycizny i rafy koralowe podchodzące pod sam brzeg. Przed nami górzysta wysepka, gęsto porośnięta drzewami i krzewami. Wśród nich, całkowite zatopione w zieleni, rozświetlonej różnymi kolorami bungevili i innych kwiatów,drewniane chatki, przypominające nieduże domki letniskowe. To było miejsce naszego odpoczynku oraz baza wypadowa.
Każdy domek miał dwa pokoje,wyposażone w podstawowe sprzęty typu łoże i namiastka szafy, do których wchodziło się z prymitywnej kuchni, w której był także stół do przygotowania i spożywania posiłków. Wśród zieleni także, była restauracja, oferująca owoce morza i potrawy z kurczaków,można tez było kupić napoje. Niedaleko niej było także miejsce obozowe dla skautów. Ale w tym czasie na wyspie byliśmy my i kilkoro stałych mieszkańców z obsługi recepcji i restauracji.
Reszta gości przypływała na wysepkę na 2, 3 godziny i po oglądaniu okolicznych raf koralowych,wracali do Kota Kinabalu.Po15-ej praktycznie wyspa była w naszym niepodzielnym władaniu. Jeśli dodać do tego słońce, którego ostre promienie były złagodzone oceaniczną bryzą,naturalny cień bujnej zieleni,krystalicznie czyste morze...i możliwość oglądania do woli raf koralowych wraz z ich bogactwem kolorów i stworzeń, które były w zasięgu kilkudziesięciu metrów od brzegu -to mamy pełen zestaw,nadto wystarczający do idealnego rozkoszowania się przyrodą.
Wokoło wyspy biegła ścieżka, wyrąbana w gęstej roślinności. Wiodła na szczyt wyspy,krętymi meandrami prowadząc na przemian do oceanu bądź na wzgórze. Podziwialiśmy wielkie muszle o przeróżnych, często niesamowitych kształtach i kraby, które zagospodarowywały wiele z nich na własne osłony. Drzewka bożego narodzenia i storczyki: palmy, o kształtach liści, których nie znaliśmy wcześniej.
Błogi spokój,od zmierzchu do świtu, przerywany jedynie głosem ptaków. burzyły wizyty łodzi z Japończykami. Przypływali zwykle na 2 godziny; szybka kąpiel ze zdjęciami na rafach, potem „zdjęciowy „ bieg wokół wyspy i sayonara. Nic dziwnego, że Japończycy są w stanie zwiedzić świat w iście piorunującym tempie, a samo Borneo w 2 dni.
Obok Manukanu były jeszcze 2 wysepki, obok których przepływaliśmy w drodze do Kota Kinabalu. Niedługo po naszym wyjeździe, z jednej z nich,filipińczycy porwali dla okupu kilkoro turystów.
Po 3 dniach pełnego leniuchowania na Manukanie,(bardzo potrzebnego po praniu mózgu na szkoleniu w Malakce) wyruszyliśmy na ponowne spotkanie z orangutanami ,poprzedzone rzeczną wyprawą do serca dżungli Borneo.
http://en.wikipedia.org/wiki/Kota_Kinabalu_International_Airport
http://www.pbase.com/taicw/around_kota_kinabalu_town
http://kinabalu.regency.hyatt.com/hyatt/hotels/index.jsp
http://www.suterasanctuarylodges.com.my/v2/manukan.html
http://www.malaysia-islands.com/html/tar-marine-park/snorkel/manukan.shtml
Inne tematy w dziale Rozmaitości