W dniu wczorajszym mój kolega zamieścił na tymże blogu tekst zatytułowany „Kopanie leżącego czerwonego”. Poddał on pod dyskusje fakt, czy aby na pewno krytyka generała Wojciecha Jaruzelskiego, ponad dwadzieścia lat od obalenia komunizmu, ma jakikolwiek sens. Czy nie należało zabrać się za to poważniej na początku lat dziewięćdziesiątych i czy aby nie lepiej dać już spokojnie umrzeć tej niezwykle kontrowersyjnej postaci. Nie chcę w tej chwili dywagować nad tym czy mój blogowy partner ma rację, czy też jej nie posiada. Nie to jest bowiem celem tego wpisu.
Czytając wczorajszą publikację Krzyśka, a dokładniej znajdujące się pod nią komentarze, byłem zaskoczony skalą niechęci wymierzonej w stronę owego tekstu. Niechęć ta nie przejawiała się jedynie w krytyce artykułu. Wypływało z niej coś więcej. Było to coś co nazwałbym delikatną agresją, nie znoszącą sprzeciwu, skierowaną także w stronę autora. Większość komentujących za oczywiste uznała, że skoro ktoś w jednym wpisie nie wbija w ziemie komucha, znaczy automatycznie że takowym komuchem jest. Niejaki „oranje” zaproponował nawet aby autor tekstu „wysłał kwiaty Jaruzelowi i Kiszczakowi”. „Andy” uznał że tekst Krzysztofa jest marskistowski, a obrońcy jego racji zostali określeni jako „esbeccy tchórze, z bolszewickimi poglądami.”
Doskonale rozumiem nienawiść do PRL-u. Zdaję sobie także sprawę z faktu, że spora część społeczeństwa najchętniej osobiście wymierzyła by sprawiedliwość Jaruzelskiemu. Nie mogę się jednak zgodzić na czarno białe pojmowanie rzeczywistości. Polska nie wygląda bowiem tak, że po jednej stronie stoją ci, którzy okresu komunistycznego nienawidzą, po drugiej natomiast „banda czerwonych gadów”. Nie jest też tak, że jeśli ktoś ma krytyczną opinie wobec np. jakichkolwiek mniejszości, etnicznych czy seksualnych, to jest on, w sposób pozbawiony wszelkich wątpliwości, wyznawcą prawicowych ideologii. Mamy jednak tendencje do etykietowania w stylu - „Aha, ty oglądasz TVN24, czyli jesteś wyborcą platformy”.Albo. „Aha, kupiłeś Rzeczpospolitą, rozumiem że głosujesz na PiS”. Za oczywisty zdaje się uchodzić także fakt, że jeśli ktoś jest czytelnikiem „Gazety Wyborczej” to musi mieć coś wspólnego z czerwonymi siłami zła.
Iluż takich najmądrzejszych na świecie i wszystko wiedzących o innych, można znaleźć na „Salon24.pl” pokazała reakcja na umiarkowanie przychylny generałowi Jaruzelskiemu tekst. Wielu komentatorów uznaje siebie jako sprawiedliwych wśród narodów świata. Chcą oni uczyć młodszych historii i zabraniać porównywania stanu wojennego, do zamachu z 1926 roku (tego grzechu także dopuścił się mój kolega). Czy jest co porównywać? Ano jest, bo i tu i tu zginęli ludzie. Porównanie nie jest jednak zrównaniem tych dwóch wydarzeń, a jedynie pokazaniem podobieństw i pewnych paradoksów zachodzących między nimi. Starsi koledzy i koleżanki z „Salonu” nauczą nas jednak że Piłsudski był bohaterem, a Jaruzelski zbrodniarzem. Że o pierwszym można mówić tylko dobrze, a o drugim tylko źle. Że historia wygląda w sposób jasny, i nie można jej relatywizować. Bo jeśli ktoś powie coś dobrego o komuchach to zamyka sobie pole do jakiejkolwiek dyskusji, stając się wrogiem polskiej racji stanu. Taką wizje państwa wprowadzali właśnie komuniści. Dzielili oni ludzi na towarzyszy dobrych i wrogów systemu. Również Jarosław Kaczyński dokonał podziału na tych co „stoją tu gdzie wtedy” i tych co „stoją tam gdzie stało ZOMO”. Zarówno były premier, jak i „czerwoni” oglądali, bądź chcieli oglądać świat, przez czarno- białe, nie znoszące odcieni szarości, okulary. Oczywiście nie mam zamiaru stawiać na jednej półce szefa PiS z dygnitarzami PZPR. Chcę jednak pokazać zgubny mechanizm rozumowania, w którym wszystko jest oczywiste, a podziały proste. Otóż podziały takie proste nie są, a tym którzy uważają że znaleźli klucz do zagadki i wierzą iż są depozytariuszami prawdy, serdecznie gratuluję.
Jan Staszczyk


Komentarze
Pokaż komentarze (7)