Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, gdy dowiedziałem się o katastrofie – zamach! I to nie byle jaki bo rosyjski, a co za tym idzie III wojna światowa. Po pewnym czasie racjonalność zbuntowała się przeciwko tej niedorzecznej hipotezie. Choć czy do końca niedorzecznej? W każdym razie nie wierze, że znajdzie się choć jeden Polak, któremu na myśl nie przyszedł spisek ze strony Kremla.
Czemu się dziwimy? Od lat Rosjanie byli narodem nieprzyjaznym Polakom, a znajdujemy na to aż nazbyt liczne dowody w historii. Do tego nie stronili nigdy od metod niekonwencjonalnych. Ilu carów, lub późniejszych urzędników partyjnych ginęło śmiercią prawie naturalną. Kto interesował się tym tematem, tego nie dziwią już „zniknięcia” wrogów mateczki Rosji. Łącznie z największym zniknięciem 20 tysięcy polskich oficerów, którzy rozpłynęli się w powietrzu.
To logiczne, że lata doświadczeń przerodziły się w asekuracyjną nieufność względem naszych wschodnich sąsiadów. Dlaczego więc mielibyśmy nie rozważać możliwości zamachu. Katastrofa wydawała się tak nie realna, że nie szukaliśmy realnych wyjaśnień. Pierwsze informacje wręcz skłaniały do mitologizacji przyczyn wypadku. Samolot prezydencki z blisko setką ludzi rozbija się na terenie Rosji. Prezydent, który był drzazgą w oku Putina leciał przypomnieć o rocznicy zbrodni katyńskiej. Nikt nie przeżył katastrofy. Wnioski nasuwają się same.
Przyznaję, że ja też w pierwszych chwilach uległem temu amokowi. Z kolegą zaczęliśmy rozważać jakie mamy kategorie wojskowe i gdzie powinniśmy stawić się na mobilizację. Do głowy przyszły absurdalne sposoby spowodowania katastrofy. Agenci KGB biegający po lasach smoleńskich z dymiarkami, mechaniczne drzewa działające na zasadzie rakiet, ktoś nawet znalazł na Internecie stare zdjęcia funkcjonariuszy NKWD sadzących młode drzewka w tamtej okolicy.
Choć teorie spiskowe mnożyły się i troiły, to w końcu racjonalność i logika wzięły górę. Niestety nie wszyscy moi rodacy potrafili trzeźwo ocenić sytuację. Moja koleżanka na trzy dni po wypadku oznajmiła mi, że wie co było przyczyną katastrofy. Jej zdaniem był to zamach rosyjskich służb specjalnych mający na celu odwrócenie uwagi od obchodów rocznicy zbrodni katyńskiej. Pozostawiłem tą hipotezę bez komentarza.
Moja koleżanka nie jest jedyną zwolenniczką koncepcji zamachu. Ostatnio mój znajomy mijał samochód, który na tylniej szybie miał wyklejony napis: „nie wierzę w mgłę”.
Choć rozumiem powody, dla których wielu z nas nie stroni od obwiniania, za katastrofę rosyjskich służb specjalnych, to ewidentnie nie należę do tej grupy. Moim zdaniem rząd rosyjski nie miał z tym nic wspólnego, a to z jednego powodu. Zarówno Miedwiediew jak i Putin przestraszyli się sytuacji, do której doszło na ich terenie. Nie bali się oczywiście polskich sił zbrojnych, ale konsekwencji jakie może wywołać oskarżenie ich o spowodowanie wypadku. Wydaje mi się, że do tej pory Kreml sprawnie kontrolował przebieg konfliktu polsko-rosyjskiego i czerpał z niego korzyści. W wyniku katastrofy nagle rosyjskim dyktatorom grunt usunął się spod nóg, stąd te niespodziewanie przychylne reakcje. Jak dla mnie (nie mówię o reakcji samych Rosjan, w których szczere intencje wierzę) zwykła zagrywka asekuracyjna.
Kończąc chcę powiedzieć, że choć mamy podstawy do podejrzewania Rosjan o wszystko co najgorsze, to moim zdaniem wina nie leży po stronie służb specjalnych. Gdyby Putin brał pod uwagę takie wypadki, to nie reagowałby tak spontanicznie. To nie w stylu Rosjan. Nie wiem czy zawiniła wieża, czy pilot, czy mgła, czy jeszcze coś innego, ale jednego jestem pewien. Kreml przeraził się groźby III wojny światowej.
Krzysztof Ryszkiewicz




Komentarze
Pokaż komentarze (6)