Obserwując braci Kaczyńskich często toczyłem walkę z samym sobą. Serce niejednokrotnie dyktowało emocje raczej wobec tej dwójki negatywne, lecz mózg nakazywał przemyśleć, zastanowić się, nie stawać się bezrefleksyjnym krytykiem PiS-u. Irytowały mnie często wymuszone żarty i porównywanie partii Jarosława Kaczyńskiego do grupy czerwonych świń z okresu PRL. Po katastrofie smoleńskiej emocje zdroworozsądkowe przybrały na sile i starałem się raczej bronić niż atakować lidera opozycji. A jeśli nawet nie broniłem go, to starałem się nie popełniać nadużyć podobnych chociażby do tych, głoszących o rzekomej, moralnej odpowiedzialności środowiska PiS za śmierć Barbary Blidy. Moje serce nigdy nie kochało Jarosława Kaczyńskiego, chciałem być jednak w miarę możliwości obiektywny. Sprzeciwiałem się medialnym manipulacjom wobec jego osoby. Jednak dzisiaj muszę sprzeciwić się jego obecności na scenie politycznej.
Jarosław Kaczyński obiecał, że w kampanii prezydenckiej nie będzie wykorzystywał katastrofy z 10 kwietnia jako politycznej amunicji Jak powiedział tak zrobił, co wśród polityków zdarza się rzadziej niż trzydziestostopniowy upał pod Suwałkami. Jednak równo z sondażowym dzwonkiem kończącym prezydencką batalię, Kaczyński do Smoleńska politycznie powrócił. Było to oczywiste, szef PiS, gdzieś między umizgami w stronę Gierka, a nawoływaniem do pacyfistycznej koncepcji patrzenia na świat, zapowiadał powrót do tematu katastrofy. Z początku zdawało się że powróci do tej (faktycznie ważnej) kwestii w sposób który będzie przywoływał na myśl skrupulatnego, niekiedy niewygodnego dla rządu Tuska kontrolera. Kontrolera zadającego niewygodne pytania, po to aby motywować odpowiednie organy do wzmożonego wysiłku, mającego na celu rozwiązanie tej palącej około 40 milionów głów sprawy. Z przykrością należy stwierdzić że pan Jarosław z takim, upierdliwym lecz potrzebnym kontrolerem, ma niewiele wspólnego. Bardziej przypomina on sfrustrowanego do granic możliwości wariata. Razem ze swoim, wróconym z ponad dwu miesięcznego zapomnienia, bulterierem Brudzińskim tworzą tezy obleśne, śmierdzące chorobliwą nienawiścią. Ich cel w moim przekonaniu jest niejasny. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że partia Kaczyńskiego więcej zdziałała by stawiając na wizerunek stworzony w kampanii. Wizerunek cieplejszy i bardziej merytoryczny, z twarzami Poncyliusza, Kluzik Rostkowskiej czy Staniszkis. Ciemna, zatwardziała światopoglądowo i religijnie część elektoratu Prawa i Sprawiedliwości nie potrzebuje dodatkowej motywacji. Ona i tak wie kto jest kim. Dlatego żółć, wypływający dziś z Jarosława Kaczyńskiego jest tak ciężka do zrozumienia. Polityk PiS- u zdaje się dochodzić do wniosku, iż instrumentalne traktowanie, rzekomo męczeńskiej, śmierci 96 osób jest jedyną możliwością jego politycznej egzystencji. Jego manipulacja jest perfidna, a nadużycia dotyczące przeniesienia krzyża sprzed pałacu namiestnikowskiego żenujące. Nasz nauczyciel moralności, powołując się na Jana Pawła II (sic!) szantażuje wszystkich swoimi skomplikowanymi konstruktami myślowymi. Nie wiemy kim okaże się Bronisław Komorowski gdy poprze przenosiny krzyża. Prawdopodobnie okaże się kimś złym, prawdopodobnie stanie tam gdzie niegdyś stało ZOMO. Od naszego sfrustrowanego czterema wyborczymi porażkami „męża stanu”, możemy dowiedzieć się także, że każdy kto uważa iż krzyż powinien zostać zabrany dopuszcza się moralnego nadużycia! Tak drodzy moi! Dobrze, że nie przestępstwa ściganego z urzędu przez prokuraturę. Ale to nie wszystko. Prezes PiS obwieszcza wszem i wobec, iż istnieje klarowny związek między atakami na Ś.P Prezydenta a katastrofą z okolic lotniska Sewiernyj. Kto owego związku nie widzi jest co najmniej upośledzony umysłowo. Wszystkie te marnej jakości bzdury są ciężkie do skomentowania. Jedyny możliwy komentarz to stwierdzenie, Jarosław Kaczyński wyznacza nowe normy moralne. I jest depozytariuszem jedynej słusznej wersji katastrofy smoleńskiej. Banałem jest stwierdzić, że oskarżanie kogoś o ciężkie przestępstwo jest moralnie mocno dyskusyjne. Jarosław Kaczyński oskarża wszystkich o spisek. Kto wie, czy pewnego dnia ten przegrany na obecnym etapie życia człowiek, nie będzie dokonywał czystek we własnym środowisku politycznym.
Na jego miejscu zastanowiłbym się jednak nad nieco innym posunięciem. Uważam bowiem, że Jarosław Kaczyński ze swoimi fobiami, ociemnianiem i tak już wystarczająco ciemnej części wyborców, podjudzaniem do wojny którą się karmi i bez której nie potrafi żyć, jest obecnie największym brudem na polskiej scenie politycznej. Czemu szef wielkiej partii, nawołujący do dymisji członków rady ministrów, przegrywający czwarte wyboru z rzędu, nie rezygnuje ze swojego stanowiska? To chyba on, a nie Donald Tusk, powinien jak najszybciej zniknąć z rodzimej sceny politycznej.
Jan Staszczyk


Komentarze
Pokaż komentarze (21)