41 obserwujących
297 notek
492k odsłony
  2437   3

Gierek kontra ks. Kotlarz. Człowiek, który został zapomniany

prawo cytatu
prawo cytatu


 Jak pamiętam lato 1976? Niewiele. Zarys. Zapewne było słońce, dziewczyny. Fajnie było i już. Lecz także było inne lato. Bo właśnie wtedy, minister spraw wewnętrznych spodziewając się rozruchów, po wprowadzeniu podwyżek na art. żywnościowe, wprowadził akcje „ Lato 76”, którego celem było sprawdzenie gotowości bojowej MO i SB.

- Gotowość MO i SB. Latem. Dobre, co?

Minęło tyle lat. I znowu gadają o Gierku. Film o nim pokazują. Więc duchy od razu przychodzą. Dobijają się do drzwi, okien. Najczęściej w nocy. Ostatnio śni mi się anioł. Z tym, że anioł to nie był anioł. To bokser. Potrafił przywalić w gębę tak, że człowiek padał na ziemie. I tak sobie leżał... dobrze, że owinięty w koc. Bo, koc jest dobry, koc jest ciepły, koc potrafi tłumić. Wszystko. I krzyki i uderzania...

Tak właśnie kilkukrotnie pobito Ks. Romana Kotlarza, w 1976. Za Gierka. Tego 1 sekretarza z jeżykiem. Tam gdzieś daleko, na południu otwierano właśnie Hutę Katowice, Polacy wciskali się do swoich małych fiacików, ale także, tuż obok tych wielkich osiągnieć PRLu, ludzi owijano w koc i bito.

Także wtedy, w Radomiu, w trakcie robotniczych buntów, w - Łuczniku, w – Radoskórze, powstało pojęcie „ ścieżki zdrowia” Jednakże nie była to ścieżka do lasu.

Tak pisze o lecie, że to słońce i dziewczyny. Trochę przesadzam, trochę kokietuje. Życie było wtedy i biedne i brutalne, i nie tylko, dlatego, że były bezsłoneczne dni. Gdzieś tak, w połowie lat 80 - tych, zaprosiłem na rozmowę Wojciech  Ziembińskiego. ( przygotowałem reporterski materiał, lecz mniejsza o to). Prawego człowieka. Jednego z założycieli Komitetu Obrony Robotników. To właśnie on badał sprawę ks. Kotlarza, i to kilkukrotnie. Powstał raport, który przedstawił Kurii Warszawskiej.

Sam nie wiem dlaczego, ale poszliśmy do baru na Dworcu Centralnym, tego na pięterku. Dużo tam ludzi, wchodzą, wychodzą, łatwo się wtopić w tłum. Wziąłem herbatę. Usiedliśmy. Rozmawiamy.

ZIEMBIŃSKI – Jeżeli chodzi o księdza Romana, to nie spotkałem człowieka, który by tak biednie mieszkał. Człowiek boży im ma bardziej skromną sutannę tym lepiej. Ksiądz Roman wstawał bardzo rano. Sam sprzątał kościół. Nie miał kościelnego. To nie człowiek, który zmorzniał, jako proboszcz. On był ubożuchny jak św. Franciszek. Te meble, które miał, to były proste meble. Bez zbytku. Nie miał żadnego obrazu czy fotela. Każdy człowiek, lubi mieć jakiś zbytek, a on nic. Boży człowiek.

A potem z mojej pamięci i niepamięci wyłaniają się następne postacie. I miasto Radom. I siostry zakonne Klasztoru Fara. Gdzie często ks. Roman jadł obiad. Cicho jak duch, podeszła do mnie siostra, zawsze siostry zakonne kojarzą mi się z habitem, welonem, a ta była przepasana kuchennym fartuchem. Ale to było zrozumiałe, przyszła prosto z kuchni.

SIOSTRA - To był człowiek chory. Na żołądek. Jadł, co nieco. Czasami tylko zupę. Dziwne, ale najwięcej jadł takie wafelki. To pamiętam, ciągle te wafelki. Nawet miałam pretensje. Mówiłam - Ksiądz do nas przychodzi na obiad z wafelkami.

- A polityczne kazania?

- Nie, za słabiutki był na polityczne kazania. Nie, nie... Ja nic nie wiem o tych kazaniach. Z ludźmi rozmawiał, to tak. Lubił być z nimi. Ludzie to ludzie, tak zawsze mówił. Co jeszcze pamiętam? Ciągle bolał go żołądek. Wiec może te wafelki go ratowały.

- Jak wafelki...

- Nie wiem. Ja nic nie wiem.

A potem był jeszcze ministrant. Były. Trochę już lat minęło. Więc to już młody mężczyzna. Z aspiracjami. Chce być przedsiębiorcą budowlanym i domy w stanie surowym budować.

BYŁY MINISTRANT

- Ksiądz Roman kusił nas futbolem. A ja lubiłem sobie pograć. Na każdej pozycji. Raz ksiądz powiedział – Wyskocz i zobacz, kto stoi przed kościołem. Wybiegam, a tam stoi czarna wołga i trzech facetów w środku siedzi. To ksiądz Roman kazał mi wyłączyć głośnik. Bo msza leciała u nas, i na pole...

- To źle?

- Tak. Bardzo. Władza nie lubiła jak msza na pole leciała.

Z RAPORTU ZIEMBINSKIEGO DO KARDYNAŁA WYSZYŃSKIEGO.

- Przez kilka tygodni. Od 27 czerwca do 15 sierpnia. Podczas niedzielnych mszy. Modli się ks. Roman, wraz ze swoimi wiernymi, za pobitych i aresztowanych i usuniętych z pracy. Wygłosił kilka homilii, otwarcie występując w obronie ludzi pracy.

A potem była jeszcze rozmowa z pewnym emerytowanym SB ekiem. Spotkałem go przypadkowo, gdy przechodził z tragarzami. Gdzie szedł, nie wiem? Ale było widać, ze jest zmęczony i spragniony. Chciałem zafundować mu zimną colę, z kostkami lodu, odrobiną alkoholu, i taka parasoleczką, ale on chciał coś ekstra.

SB- ek

- W tym naszym „ Czwartym wydziale” to wszyscy inteligenci. Magistry. Nawet jeden polonista był. No i jeszcze jeden był, podchorąży z wojska. Trochę boksował. Taki. Dwa metry. I jaką on łapę miał. Jak przypieprzył, to.! Anioł taką ksywę miał.

- Anioł? I to on zabił?

- Tam zabił. Od razu zabił... Jeździli do księdza, aby porozmawiać. Wytłumaczyć. Na dobrą drogę księżulka sprowadzić. Zresztą zaraz potem ten Anioł też umarł. Miał raka wodnego. Fajny facet, skory do wypitki. Ale zmarł w kurewskich mękach, za przeproszeniem. Żeśmy potem mówili za tego, czy co...

Lubię to! Skomentuj44 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura