Nijaki facet po trzydziestce w studiu telewizyjnym. Łamiącym się głosem próbuje w zawiły sposób wyjaśnić proste rzeczy. Mijają dwie minuty, próba cierpliwości dobiega końca. Nijaki facet po trzydziestce to pan Waldek, dwukrotny premier III RP, czyli… rekordzista w dziedzinie bycia premierem.
Jest coś symbolicznego w fakcie, że PSL uchodzi dziś, za partię promodernizacyjną. Na przekór faktom i zapewne nie bez wysiłku sztabu doradców kreuje się (ja użyłbym słowa urabia) wizerunek Pawlaka-światowca, znającego się na gospodarce technokraty, który pełniąc funkcję prezesa Giełdy Towarowej przez ostatnie dwa lata, przygotowywał się do objęcia stanowiska ministra gospodarki. Czy można sobie wyobrazić lepszy sposób na przetrwanie w polityce? Nie, bo ten sposób to prawdziwy majstersztyk!
Majstersztykiem, muszę to przyznać, był powrót z politycznego niebytu postaci nijakiej, za którą ciągnął się raczej smrodek wiejskiego podwórka niż delikatna woń kubańskich cygar czy raczej zasłona dymna, bo fakty są wobec chłopów nieubłagane. Nie wiem ilu Pawlaków jeszcze potrzebowałby w swoich szeregach PSL, by skończyć z naganną praktyką łupienia państwowych pieniędzy i obsadzaniem stanowisk we wszystkich (najprawdopodobniej całkowicie zbędnych) agencjach rządowych swoimi ludźmi, jeśli tylko owe agencje mają coś wspólnego z rolnictwem, gruntami czy ochroną środowiska. Słynny notatnik marszałka Struzika jest wymownym przykładem, iż zmiana wizerunku nie przyniosła ze sobą żadnych głębszych zmian. PSL było i jest partią największej gminy w Polsce, gminy, której aspiracje są w zdecydowanej większości tożsame z niegdysiejszymi aspiracjami, a dziś osiągnięciami
peeselowskich liderów – Pawlaka, Struzika i paru innych. Sen o dziurawych porciętach, przemienionych w czarodziejski sposób w porządne galoty, z których, rzecz jasna, wystaje elegancki notatnik, można dziś zrealizować tylko emigrując do miasta, najlepiej do dużego, najlepiej do Warszawy.
I tu dochodzimy do paradoksu, jakim jest istnienie na polskiej scenie politycznej Polskiego Stronnictwa Ludowego, partii klasowej, która choć występuje w interesie ludzi wsi, już dawno i pod każdym względem przeniosła się do miasta. Owszem, danina, czy jak by pewnie wolał dzisiejszy prezes Pawlak deal z płatnikami KRUSU jest jakimś wyrazem obrony interesów wsi, ale jest to forma cyniczna, typowo peeselowska. Bo czy gospodarczy liberał (?), znawca mechanizmów giełdy (nie tylko Towarowej) może dziś otwarcie występować w obronie jawnego absurdu. Tak, jeżeli nazywa się Pawlak.
Mamy bowiem oto do czynienia z sytuacją, w której i PSL i jego elektorat udają, że są kimś, kim w rzeczywistości nie są, a jeżeli nawet są tym kimś, to najchętniej od razu przestaliby nim być. Tak jak Pawlak, który idzie…
Jest coś symbolicznego w fakcie, że PSL uchodzi dziś, za partię promodernizacyjną. Na przekór faktom i zapewne nie bez wysiłku sztabu doradców kreuje się (ja użyłbym słowa urabia) wizerunek Pawlaka-światowca, znającego się na gospodarce technokraty, który pełniąc funkcję prezesa Giełdy Towarowej przez ostatnie dwa lata, przygotowywał się do objęcia stanowiska ministra gospodarki. Czy można sobie wyobrazić lepszy sposób na przetrwanie w polityce? Nie, bo ten sposób to prawdziwy majstersztyk!
Majstersztykiem, muszę to przyznać, był powrót z politycznego niebytu postaci nijakiej, za którą ciągnął się raczej smrodek wiejskiego podwórka niż delikatna woń kubańskich cygar czy raczej zasłona dymna, bo fakty są wobec chłopów nieubłagane. Nie wiem ilu Pawlaków jeszcze potrzebowałby w swoich szeregach PSL, by skończyć z naganną praktyką łupienia państwowych pieniędzy i obsadzaniem stanowisk we wszystkich (najprawdopodobniej całkowicie zbędnych) agencjach rządowych swoimi ludźmi, jeśli tylko owe agencje mają coś wspólnego z rolnictwem, gruntami czy ochroną środowiska. Słynny notatnik marszałka Struzika jest wymownym przykładem, iż zmiana wizerunku nie przyniosła ze sobą żadnych głębszych zmian. PSL było i jest partią największej gminy w Polsce, gminy, której aspiracje są w zdecydowanej większości tożsame z niegdysiejszymi aspiracjami, a dziś osiągnięciami
peeselowskich liderów – Pawlaka, Struzika i paru innych. Sen o dziurawych porciętach, przemienionych w czarodziejski sposób w porządne galoty, z których, rzecz jasna, wystaje elegancki notatnik, można dziś zrealizować tylko emigrując do miasta, najlepiej do dużego, najlepiej do Warszawy.
I tu dochodzimy do paradoksu, jakim jest istnienie na polskiej scenie politycznej Polskiego Stronnictwa Ludowego, partii klasowej, która choć występuje w interesie ludzi wsi, już dawno i pod każdym względem przeniosła się do miasta. Owszem, danina, czy jak by pewnie wolał dzisiejszy prezes Pawlak deal z płatnikami KRUSU jest jakimś wyrazem obrony interesów wsi, ale jest to forma cyniczna, typowo peeselowska. Bo czy gospodarczy liberał (?), znawca mechanizmów giełdy (nie tylko Towarowej) może dziś otwarcie występować w obronie jawnego absurdu. Tak, jeżeli nazywa się Pawlak.
Mamy bowiem oto do czynienia z sytuacją, w której i PSL i jego elektorat udają, że są kimś, kim w rzeczywistości nie są, a jeżeli nawet są tym kimś, to najchętniej od razu przestaliby nim być. Tak jak Pawlak, który idzie…


Komentarze
Pokaż komentarze (2)