Z dzisiejszych mediów dowiaduję się o narastającym zamieszaniu wokół kształtu i terminu ewentualnej debaty prezydenckiej. Kwestia ta niespecjalnie mnie obchodzi, gdyż wszystkie prezydenckie i inne tego rodzaju debaty, jakie mam w pamięci, były z punktu widzenia wiedzy o kompetencjach oraz politycznych programach kandydatów całkowicie bezwartościowe. Weźmy słynną debatę Tusk-Kaczyński przed wyborami parlamentarnymi w 2007 r. Po jej zakończeniu zewsząd dało się słyszeć triumfalne „Tusk wygrał!”. Owszem, wygrał, tylko jakoś nikt nie zapytał, w jakiej konkurencji.
Każdy, kto widział ową debatę i stać go na w miarę trzeźwy osąd sytuacji, wie doskonale, że debata ta była jedynie piarowskim fajerwerkiem bez żadnej wartości merytorycznej. A jeśli chodzi o miny, gesty i bon moty, Tusk jest rzeczywiście znacznie lepszy od J. Kaczyńskiego. Podobnie zresztą jak Kwaśniewski był lepszy od Wałęsy czy Krzaklewskiego. I to tym uwodzi się „ciemny lud”, a nie siłą argumentów.
Organizowanie podobnych spektakli jest oczywiście (z reguły) na rękę sztabom wyborczym i stacjom telewizyjnym, ale z punktu widzenia interesu demokracji jest wręcz szkodliwe, gdyż umacnia jedynie jej fasadowy charakter. Sensowną – z punktu widzenia interesu wyborcy i demokracji w ogóle (a także dziennikarzy, którzy w debatach odgrywają jedynie rolę statystów) – alternatywą dla debat tego typu byłaby seria wywiadów z poszczególnymi kandydatami, prowadzonych na serio, bez specjalnego reżimu czasowego, wywiadów, w trakcie których interlokutor bądź interlokutorzy nie wahaliby się zadawać niewygodnych pytań. Że w obecnych realiach rynku medialnego to mało realne? Wiem, ale każdemu wolno marzyć.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)