Kiedy byłam małym dzieckiem, bardzo chciałam zostać policjantką. Marzyłam także o zawodzie lekarza i nauczyciela. Kilka lat później pomyślałam sobie, że mogłabym też być feministką. Na szczęście, tylko pomyślałam.
Historię feminizmu poznałam bodaj w tym straszliwym tworze spośród wielu głupich pomysłów rządu Jerzego Buzka, mianowicie, w gimnazjum. Właśnie wtedy, na jednej z lekcji historii, rozmawialiśmy o pierwszej fali feminizmu, protestach sufrażystek walczących o prawa wyborcze kobiet czy możliwość uczestnictwa w życiu społecznym, a także o wydarzeniu, które upamiętniamy corocznie świętując Dzień Kobiet - o pracownicach zakładów odzieżowych protestujących przeciwko złym warunkom pracy. Działania niewątpliwie słuszne, godne pochwał i wyrazów szacunku. Wprawdzie nie byłam wówczas tak wrażliwa jak dziś, niemniej zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i przekonało, że feministki to naprawdę „gryfne dziołszki”, jak rzekłoby się na Śląsku. Niestety, bardzo się zawiodłam obserwując poczynania polskich feministek w ciągu dwu ubiegłych lat. Owe feministki są dziś w moich oczach tak samo feministyczne, jak lewicowy jest Sojusz Lewicy Demokratycznej. Co więcej, oba środowiska pełnią nawet podobną funkcję na polskiej scenie politycznej – plamią dobre imię ideologii, do których się odwołują.
Moim ( i nie tylko moim ) sztandarowym zarzutem wobec feministek jest ich oderwanie od świata i realnych problemów zwyczajnych kobiet. Zwyczajnych Kowalskiej, Nowakowej czy Iksińskiej, mieszkanek nie tylko kilkuset tysięcznych miast Polski, ale także niewielkich wiosek w jej biedniejszych rejonach, i w końcu, prostych, często też niewykształconych, matek, żon, nierzadko gospodyń domowych, a nie tylko przeintelektualizowanych dam pełniących kierownicze stanowiska w największych prywatnych przedsiębiorstwach w Polsce. Widok dziesiątek aktywistek uczestniczących przeciwko ustawie Gowina właściwie może cieszyć, jednak w kontekście chociażby takich sytuacji jak, tu pozwolę sobie wrócić do ostatnio wspomnianego problemu, próba zatrzymania eksmisji samotnej matki dwojga kilkuletnich dzieci zostawionej przez męża z kredytem hipotecznym na karku, gdzie, przyznam szczerze, nie zobaczyłam ani ćwierci feministki, jest to raczej marne wybielanie splamionego już obrazu polskich ruchów społecznych na rzecz poprawy sytuacji kobiet. Drugi przykład, będący właściwie kopią sytuacji z początku XX wieku, to protesty pracowników zakładów odzieżowych w Opatowie, głównie kobiet. Tam także o feministkę niełatwo, a przecież to tak, jakby trockiści odcinali się od wybuchającej rewolucji.W takim razie, gdzie są te waleczne działaczki? „Dokształcają się” ( z wielkim wykrzyknikiem przy cudzysłowie) analizując literaturę Judith Butler na zajęciach z gender studies ? A może dyskutują właśnie na jednym ze spotkań nowopowstałej, kolejnej już, samopomocowej kobiecej organizacji na temat pochodzenia kobiecych piersi? Organizacji zaiste samopomocowe, ale tylko w najbliższym gronie zainteresowanych politolożek i socjolożek, które stać na wydatek rzędu kilkuset złotych za, jak mniemam, niezbędne warsztaty z serii „Czy masz gender?” etc. Nasuwa się pytanie, czy te wszystkie pseudoaktywistki naprawdę sądzą, że zmienią świat jakąś konferencyjką w elitarnym gronie bogatych pań, na której będą rozmawiać o pojęciach, których nikt poza nimi nawet nie zrozumie? Jeśli takimi działaniami, mówiąc bardzo kolokwialnie, robią komuś dobrze, to co najwyżej samym sobie.
Kobiety są dyskryminowane – to główny slogan feministek zasadniczo od początku ich istnienia. I faktycznie tak jest, kobiety są nadal dyskryminowane, tylko pojęcie dyskryminacji w niektórych środowiskach znacząco zmieniło swoje znaczenie. Dzisiaj dyskryminacja to przepuszczanie kobiety przez próg (o, absurdzie!), płacenie rachunku za wspólną kolację ( ba, sama propozycja takiego czynu!), nazywanie kogoś psychologiem a nie psycholożką, i w końcu, ograniczanie dostępu do aborcji. Wydaje mi się, że ktoś tu chyba pomylił sferę życzliwości ze sferą dyskryminacji, jeśli jakakolwiek kobieta czuję się gorsza wówczas, gdy mężczyzna przepuszcza ją przez próg, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wyrazić słowa współczucia. I pewnie zaraz ktoś mnie tu zaatakuje, że w ogóle nie czuję 'gender' ( przyznam szczerze, zdarzyło mi się z takim osądem spotkać), no i jestem staroświecka oraz prawicowa, a w najgorszym przypadku zostanę faszystką. O niczym innym w tym momencie nie marzę. No i te psycholożki nieszczęsne. I ktosie. Owszem, modyfikujmy język polski, ale w takim kierunku, ażeby stał się on bardziej praktyczny i wygodny, a nie skomplikowany, niezrozumiały i po prostu śmieszny, acz ku uciesze feministek, zgodny z ich polityczną nowomową. Kurcze, jeden z moich ulubionych przedmiotów na studiach to, uwaga, „filozofia i etyka zawodu pielęgniarki”, to ci dopiero dyskyminacja językowa! Do aborcji natomiast mam, o dziwo, bardzo liberalny stosunek i nie jestem przeciwniczką walki o prawo do aborcji ot tak, jednak stawianie tego problemu na szczycie ogromnej piramidy zmartwień m.in. Polek jest co najmniej nie na miejscu. Pozwolę sobie przytoczyć przykład iście z życia wzięty – pewnego dnia dorwałam gazetkę jednej z nieformalnych grup gender, zainteresowana treścią dotarłam do naprawdę profesjonalnego i obszernego artykułu dotyczącego badań ogłoszeń o pracę w kierunku dyskryminacji językowej. Nie wiedziałam wówczas, czy to moment na śmiech, czy na lament. Może jednak warto byłoby zająć się bardziej dosłowną i dotkliwą dyskryminacją w pracy, a nie w ogłoszeniach o pracę poprzez używanie form męskoosobowych? I zagadka – co bardziej dotyka zwyczajną kobietę – to, że jest kucharzem a nie kucharką, czy może to, że kolega-kucharz zarabia 200 zł więcej od niej? Chciałabym, żeby w końcu zrozumiano, iż mnie, kobietę, boli właśnie to, że zarabiam 80% pensji mężczyzny na tym samym stanowisku, że mam utrudniony dostęp do „kobiecej” służby zdrowia, że chciałabym rodzić po ludzku w izbach porodowych,a nie w szpitalnych korytarzach z pomocą lekarza - położnika ( lecz położnej, nota bene również dyskryminowanej poprzez niedopuszczanie do wykonywania czynności, do których ma pełne kwalifikacje), że wychowuję dzieci wykonując całą masę domowych prac, za które nikt mi nie płaci i w związku z czym jestem nieubezpieczona, że do szczęścia potrzebna mi jest większa ilość żłobków i przedszkoli, a nie cholernych odpłatnych warsztatów z akcji bezpośrednich w walce z patriarchatem i seksizmem, i że nierzadko jestem samotna z problemami życia codziennego pt. mąż jest pijany i mnie bije. I naprawdę mam gdzieś to, czy będę psychologiem, czy może psycholożką, opresja kobiet niestety nadal ma miejsce i tym miejscem jest zdecydowanie inna płaszczyzna, mniej światopoglądowa a bardziej społeczno-ekonomiczna. Myślę,że warto wpierw powalczyć o polepszenie sytuacji socjalnej kobiet – być może aktualnych i przyszłych matek – a później wprowadzać nieograniczone prawo do aborcji.
Wracając do samych feministek, zupełnie nie rozumiem szukania autorytetów tam, gdzie nie ma mowy o obecności takowych, mianowicie, w środowisku liberalizmu gospodarczego, szukając niedaleko, są to chociażby panie Magdalena Środa czy Henryka Bochniarz. Wydawałoby się, że feminizm to ruch stricte lewicowy, walczący o uciskanych, a nie dla uciskających, jednak dziś jest to ruch reprezentujący uprzywilejowane grupy najbogatszych przedsiębiorczyń ( patrz: Kogres Kobiet Polskich ), tj. tworzący jeszcze większe przepaście pomiędzy ogromną grupą biednych i wąską grupą bogatych, spychający dyskusje ekonomiczne na pozornie nic nieznaczący tor przysłaniając oczy tematami światopoglądowymi. W tym ruchu nie chodzi o zwalczanie nierówności między kobietami i mężczyznami, lecz o wyrównanie ilościowe tychże nierówności, cobyśmy mieli pewność, że osiągnęliśmy równouprawnienie. Poza liberalnymi maksymami ostatnimi czasy feministki dużo wykrzykują także o bardzo popularnym, w moim odczuciu także idiotycznym, postulacie, mianowicie o wprowadzeniu parytetów płci na listy wyborcze. Nie wiem jak Wy, Drodzy Państwo, ale ja zasadniczo głosuję na danego kandydata ze względu na jego umiejętności a nie płeć i nie będę mieć nic przeciwko, jeśli lista wyborcza jakiegoś ugrupowania będzie zawierała wyłącznie kobiety, o ile te kobiety będą na tyle kompetentne, aby się tam znaleźć. Idąc dalej – wprowadźmy parytety płci do innych dziedzin życia zawodowego/publicznego, tu znów nawiążę do swojego przyszłego zawodu, wymagajmy wśród kształcących się na studiach pielęgniarskich 50% mężczyzn oraz 50% kobiet, bo właściwie dlaczego tylko polityka ma być eksponowana, wszak to dowód równości? Najzabawniejszy z wszystkich argumentów jest ten o rzekomym braku lub ograniczonym dostępie do partycypacji w życiu politycznym. Kto, komu, gdzie i jak zabrania? Dążymy do sytuacji, w której kobiety chcą zajmować się polityką czy może do sytuacji, kiedy to kobiety są do tego zmuszane? Czy nie można po prostu spokojnie, grzecznie i sukcesywnie promować wszelakie, rzecz jasna warte pochwały, poczynania kobiet na scenie politycznej ? Homofobia w Polsce jest wg mnie analogicznym problemem zwalczanym właśnie w ten sposób – kampaniami społecznymi, które przekonują ludzi, że gej to taki sam człowiek jak każdy inny. Nikt z dnia na dzień nie wprowadza związków partnerskich, bo wie, że społeczeństwo nie rozumie tej problematyki. Parytety kojarzą mi się też trochę, co może wydawać się infantylne, z nauką pływania małego dziecka na zasadzie wrzucenia owego dzieciaka do głębokiej wody i wykrzyknienia „radź sobie, jak tylko potrafisz!”.Owszem, być może dzieciak nauczy się pływać, ale może przyjemniej byłoby wsadzić tegoż aniołka do płytkiej wody i dać mu prawo wyboru, czy przesunąć się w stronę głębokiej wody, czy może pluskać się w tej płytkiej. Tak jak nie mamy pewności, że każdy dzieciaczek chce nauczyć się pływać, tak nie mamy pewności, że 50% kobiet chce startować w wyborach. Niemniej, 100% maluchów ma prawo(!) przesunąć się na głęboką wodę, podobnie jak 100% kobiet ma prawo startować w wyborach.
Tak sobie teraz myślę, że wciąż chciałabym być feministką. I chyba nią jestem. Być może nawet to one nimi nie są, wszak feminizm to walka z wszelakimi przejawami represjonowania kobiet, a nie wymyślanie kolejnych tematów zastępczych. Chcę być feministką, ale boję się tego słowa, boję się znaczenia, jakiego nabrało w ciągu ostatnich lat. Ba, jest mi trochę wstyd,bo nie o taki świat kobiety walczyły przed laty...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)