a.zarzeczańska a.zarzeczańska
219
BLOG

Wielka socjalistka

a.zarzeczańska a.zarzeczańska Polityka Obserwuj notkę 67

 Niewielu jest takich ludzi na kartach (już niestety) historii, o których z czystym sumieniem potrafię powiedzieć, że byli to ludzie naprawdę dobrzy. Szczególnie dobrzy w tych najstraszliwszych dla nas, Polaków, ale także obywateli wielu innych narodowości, czasach. W czasach utraty godności i ludzkich odruchów, nienawiści i cierpienia. W czasach śmierci i wszechobecnego zła, kiedy każdy musiał walczyć także z sobą, walczyć o swoje człowieczeństwo. W  okrutnych czasach II wojny światowej, bo o niej mówię, której ofiarami były przecież dziesiątki milionów ludzi z całego świata. W tych nieludzkich czasach żyła Ona, prawdziwie ludzka kobieta, Polka, i w końcu, socjalistka. Dla wielu pewnie niewyobrażalnie ludzka.

 

Irena Sendler jest dziś bohaterką, odnoszę wrażenie, trochę zapomnianą. Nie tak dawno ukończyłam szkołę średnią, mam więc za sobą dokładnie 10 lat nauki historii i przez te 10 lat, będąc w szkole, ani razu nie usłyszałam jej nazwiska. Nie przeczytałam o niej w żadnym szkolnym podręczniku (wierzę, że dziś mamy lepsze podręczniki). Ostatnio wprawdzie jeden z moich kolegów, będąc w kinie na filmie „Dzieci Ireny Sendler”, przypomniał sobie, że już kiedyś wspominałam mu o tej pani i po powrocie z kina z radością mi to oznajmił.  Szkoda, że jej historię poznał w kinie, a nie na lekcji historii. To byłaby nie tylko lekcja historii, ale i lekcja człowieczeństwa. Irena Sendler uratowała podczas II wojny światowej ok. 2 i pół tysiąca żydowskich dzieci „przemycając” je z getta do m.in. sierocińców. Wielokrotnie ryzykowała własnym życiem, została nawet schwytana przed Gestapo, była torturowana, później skazana na śmierć, przed która uchronili ją działacze Żegoty przekupując niemieckich strażników. Symbolem działalności Sendlerowej był słój z notatkami dotyczącymi ratowanych dzieci, dzięki którym po wojnie mogli odnaleźć swoje rodziny. Słój, który zakopywała w ogrodzie, tak, aby informacje w nim zawarte przetrwały wojnę. Sendlerowa zainspirowała tym amerykańską sztukę teatralną i w końcu fundację„Life In jar” (przełom XX i XIX wieku), dzięki którym jej życiorys rozprzestrzenia się w świadomości wielu ludzi. Szkoda tylko, że potrzeba było na to tylu lat…

 

Historia Sendlerowej to jednak nie tylko pomoc żydowskim dzieciom. Jeszcze przed wojną, będąc działaczką Polskiej Partii Socjalistycznej, Sendlerowa dawała dowód na swoją bezinteresowną dobroć protestując podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim przeciwko gettu ławkowemu, potrafiła wówczas nawet fizycznie bronić dyskryminowanych Żydów, siadała też z nimi w tych specjalnie wydzielonych ławkach. Po wojnie za swoją działalność w PPSie była nadal prześladowana, tym razem przez Urząd Bezpieczeństwa. W Polsce zaczęto doceniać jej osobę tak naprawdę całkiem niedawno, w 2003 odznaczono ją Orderem Orła Białego, choć już w 1965 otrzymała medal Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata. W 2006 roku, tj. 2 lata przed jej śmiercią, z inicjatywy ś.p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego rozpoczęto nawet starania o zgłoszenie jej kandydatury do Pokojowej Nagrody Nobla, które pozostały niestety tylko staraniami.

 

Odeszła w szczególnym dla mnie dniu, 12 maja. To dzień, który przypomina mi o wielkich kobietach, jedną z nich jest właśnie Irena Sendlerowa, drugą natomiast Florencja Nightingale, której rocznicę urodzin obchodzi się właśnie 12 maja. Była założycielką pierwszej na świecie szkoły pielęgniarskiej i twórczynią nowoczesnej teorii pielęgniarstwa.  To właśnie ze względu na nią tego dnia obchodzimy Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek.  Obydwie są tymi kobietami, które najbardziej chciałabym naśladować, w czynnościach tych zwykłych, codziennych, ale przede wszystkim w tych szczególnych, kiedy chodzi o zdrowie i życie drugiego człowieka. Obydwie dały nam niezłą lekcję, jak należy traktować, pielęgnować, i ratować zarazem, ludzkie życie, które, choć w dzisiejszych czasach jest z pewnością bardziej bezpieczne, nadal wymaga naszej troski.

 

Dlaczego mówię właśnie o Irenie Sendler? Dlaczego dziś?

Ano parę dni temu zaczęłam rozmyślać o inicjatywie, której podjęłam się wraz ze znajomymi z organizacji, do której należę, mianowicie z „Młodych Socjalistów”. Od ponad roku w kilku miastach Polski staramy się o nadanie imienia Ireny Sendlerowej ulicom tychże miast. To m.in. Toruń, Elbląg, Wałbrzych, Lublin, Olsztyn, no i właśnie, Bytom. Kilka miesięcy temu z uporem, razem z kilkoma działaczami MS na Śląsku forsowaliśmy ten pomysł w bytomskim Urzędzie Miasta. Przyznam, nie było łatwo. Wpierw poszukiwanie miejsca, które możnaby nazwać imieniem Sendlerowej, tu na szczęścia pomocny okazał się Wydział bodajże Gospodarki Komunalnej, a konkretnie to pan urzędnik z tego Wydziału, który wskazał parę ulic z powtarzającymi się patronami, a także miejsca z nowopowstałymi ulicami. No i wybraliśmy jedno. Skromna uliczka, choć blisko centrum miasta, tuż obok Urzędu Stanu Cywilnego – tak więc bez wątpienia nie zginie w zapomnieniu. Plusem tego miejsca był także fakt, że przy tej ulicy nie było żadnych mieszkań (tylko boczne części kamienic i bloków), więc problem zmiany adresów, dokumentów etc. odpadał. No i nadszedł najtrudniejszy etap – przeforsowanie pomysłu w Radzie Miasta. Na początku zbieraliśmy podpisy (lokalne rozporządzenia mówią o inicjatywie 100 mieszkańców, co jak na polskie standardy jest, można powiedzieć, przywilejem, w wielu miastach mieszkańcy borykają się z tym problemem, gdyż nie mają nawet prawa do takiej inicjatywy, muszą liczyć na pomoc radnych), jednak później (właściwie nie pamiętam, dlaczego) zmieniliśmy sposób realizacji na inicjatywę radnych (bodajże 7 radnych musiało się pod tym podpisać). Skontaktowaliśmy się z pewnym, całkiem rozsądnym, radnym (SLD), który nam w tym pomógł, zasugerował również, że wystąpi o możliwość przemówienia podczas sesji Rady Miasta któregoś z inicjatorów.

 

Sesja Rady Miasta miała być formalnością– wydawałoby się, że nasz pomysł jest sprawą niekontrowersyjną i zostanie przyjęty jednogłośnie. Otóż nie, moi drodzy. Ku mojemu zdziwieniu, radni Platformy Obywatelskiej zaczęli tłumnie protestować, sugerując, że Irena Sendler zasługuje na „lepszą” ulicę, co w ich mniemaniu znaczyło, że będzie dłuższa, szersza, ładniejsza etc. Był to oczywiście idiotyzm do kwadratu, bo od kiedy to oceniamy patronów ulic wg jej parametrów? Dlaczego ulica Adama Mickiewicza jest 10 m dłuższa od ulicy Stefana Żeromskiego? Jeden lepszy od drugiego? Wiadomym było, że działaczom PO nie przeszkadzała uliczka, którą wskazaliśmy, przeszkadzała im jedynie organizacja, która była inicjatorem tego pomysłu. Pewno dumnie oklaskiwaliby ten wniosek, gdyby to Młodzi Demokraci a nie Młodzi Socjaliści wnieśli tę koncepcję na sesję bytomskiej Rady Miasta. Proponowali także o przesłanie wniosku do Komisji Gospodarki Komunalnej (lub o jakiejś podobnej nazwie, tu nie pamiętam dokładnie), która za X miesięcy znalazłaby nie wiadomo gdzie i jak ulicę i która zapewne zgłosiłaby to do Rady Miasta jako inicjatywę platformerskiego prezydenta miasta. Na szczęście wśród radnych znaleźli się ludzie rozsądni (dodam, że PO w koalicji z lokalnym komitetem ma większość w bytomskiej Radzie), którzy chcieli upamiętnić Irenę Sendlerową, a nie walczyć z Młodymi Socjalistami. Bardzo mile wspominam słowa radnych PiSu, SLD, Wspólnego Bytomia (to właśnie ten komitet w koalicji z PO), a także tych niezrzeszonych. Tylko Platforma się zbłaźniła,w efekcie wstrzymała się od głosu (z prośbą o personalne podkreślenie tych głosów w protokole…). Projekt przeszedł.  (Przy okazji dodam, że kilka dni po sesji zamieszczono notkę na pierwszej stronie katowickiej Wyborczej na ten temat, oczywiście nie wspomniano ani półsłowem o Młodych Socjalistach)

 

Ostatnio przechodziłam nieopodal tego miejsca i postanowiłam sprawdzić, jak się prezentuje, powiem trochę egoistycznie, NASZA uliczka. Nasza uliczka naszej (Waszej teżJ) Wielkiej Socjalistki – Ireny Sendlerowej. Wstyd przyznać, ale przez parę miesięcy byłam chyba tak zabiegana codziennym życiem, że nie miałam czasu i sił, by zerknąć w to miejsce. Dla mnie już magiczne i niezwykle ważne, choć skromne, miejsce. I wiecie co poczułam, gdy zobaczyłam tę najzwyklejszą w świecie tabliczkę z nazwą ulicy z niezwykłym dla mnie nazwiskiem Sendlerowej? Poczułam cholerną radość, że coś wprawdzie malutkiego, ale dobrego, udało nam się zrobić, by upamiętnić tę kobietę. I stałam tak przed tym słupem z tabliczką, i wpatrywałam się jak oszalała. I uśmiechałam się. Czułam, że jednak są chwile, dla których warto się starać, czasem trzeba się czemuś i komuś przeciwstawić, gdzieś z kimś o coś uparcie walczyć, ale dla takich efektów warto. Chyba faktycznie byłam wtedy w amoku, bo zaczęłam wydzwaniać do znajomych i informować ich o tym, że stoję w tym konkretnym miejscu i wpatruję się w to nazwisko. Będę tam częściej chodzić i z dumą uśmiechać się do tej tabliczki. Choćby mieli mnie za szaloną. I mam nadzieje, że będą tamtędy przechodzić  także mamusie i tatusiowie z dziećmi, ciekawskimi świata, pytającymi „ a co to za ulica?” i „a kim ona była?”, na które to pytania rodzice odpowiedzą, mówiąc, że to była taka dobra pani żyjąca w strasznych czasach wojennych, która ryzykując swoim życiem uratowała tysiące innych.

 

Brakuje mi dziś takich ludzi. Mam nadzieję, że gdzieś tam istnieją, tylko nie mam okazji ich dostrzec.

Oby tak było.

 

 

(to ta magiczna tabliczka, która sprawia mi tyle radości!)

 500

„Powód, który kazał mi ratować dzieci z getta sięga mego domu rodzinnego, moich lat dzieciństwa. Byłam wychowywana tak, że jeśli człowiek tonie, to obojętnie, jaką On wyznaje religię, jakiej jest narodowości, trzeba Go ratować. Jest to potrzeba serca.

 Irena Sendlerowa

 

http://www.dzieciholocaustu.org.pl/szab8.php?s=sendlerowa.php

http://www.polskieradio.pl/historia/artykul.aspx?id=70667

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (67)

Inne tematy w dziale Polityka