Polska zajmuje ostatnie miejsce w Unii Europejskiej pod względem liczby zatrudnionych pielęgniarek przypadających na liczbę mieszkańców - alarmuje Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych. Jeśli kogokolwiek z Państwa dziwi taki stan rzeczy - zapraszam do przeczytania poniższej notki, mam nadzieję, że rozwieję wszelkie wątpliwości.
Średni wiek pielęgniarki w Polsce to bodajże 46 lat. Nie jest to szalenie większa wartość od innych państw europejskich, ale jednak. Dla porównania - w Wielkiej Brytanii ten średni wiek to 42 lata, w Danii 43,8, w Irlandii 41,4, a w Niemczech 39,4 (dane z 2009 roku). Różnica jednak jest. Jak pisze NRPiP, mamy najmniej pielęgniarek przypadających na liczbę mieszkańców, czego skutki widoczne są w placówkach służby zdrowia już dziś, za kilka lat natomiast staną się poważnym zagrożeniem, przede wszystkim dla pacjentów. Jest to dla mnie niejako sytuacja z własnego podwórka, jestem studentką pielęgniarstwa, ale mam też mamę pielęgniarkę, która codziennie boryka się z problemem niedoboru personelu medycznego na własnej skórze, kiedy podczas dyżuru w Zakładzie Opiekuńczo - Leczniczym jest zwykle jedyną pielęgniarką na oddziale z ok. 25 pacjentami przewlekle chorymi.
Rada podkreśla, że "zawody pielęgniarki i położnej stały się dla młodzieży nieatrakcyjne z powodu niskich wynagrodzeń, braku perspektyw rozwoju osobistego i zawodowego, wzrostu odpowiedzialności, co - jak pisze - nie motywuje do podjęcia kształcenia w tych zawodach". Dlaczego zawód pielęgniarki jest nieatrakcyjny dla młodzieży? Bo jeśli ktoś naprawdę nie jest ślepo zapatrzony w okazywaniu pomocy drugiemu człowieku, nie czuje tego, jednak, powołania, to zaprawdę nie znajdzie w pielęgniarstwie ani jednej zalety, która zachęciłaby do tych studiów. Spójrzmy prawdzie w oczy - kto chce przez 5 lat studiować na uczelni medycznej, której wymagania nie należą do najłagodniejszych (wiele przedmiotów podobnych do tych z kierunku lekarskiego, ba, ci sami wykładowcy), kiedy nauka bezustannie przeplata się z praktykami, kto chce ryzykować wielką odpowiedzialnością za życie drugiego człowieka, kto chce nieustannie patrzeć na jego cierpienie, i dalej, kto chce być popychadłem całej reszty personelu medycznego? Cóż, przy tych pytaniach można się jeszcze zastanowić, racja. Ale jest jeszcze jedno. Kto chce to wszystko robić wiedząc, że dostanie 1700 zł miesięcznie oraz problemy z kręgosłupem gratis, które nota bene, nie należą nawet do chorób zawodowych pielęgniarek? No właśnie, nikt z tej nowoczesnej młodzieży XXI wieku, dla której liczy się tylko kariera i kasa, nie zdecyduje się na taki masochistyczny krok. Pielęgniarkami zostaną tylko te naiwne dzieciaki, które wierzą, że swoją pracą zmienią świat, i które po pierwszych dniach pracy na szpitalnym oddziale przekonają się, że tak nie będzie.
Zacznijmy jednak od samych studiów. Na moim uniwersytecie jest 180 miejsc na tym kierunku, po wielu naborach udało się zebrać całe 176 osób, dziś jest ich niewiele ponad 100, podejrzewam, że po sesji poprawkowej będzie mniej niż sto. Studia licencjackie skończy około 50, może 60 osób. Oczywiście, jest pewna część, która się do tego kompletnie nie nadaje, są dziewczyny, które nie potrafią wydukać z siebie ani półsłówka i po pierwszych praktykach, po pierwszych kontaktach z prawdziwymi pacjentami - najzwyczajniej w świecie - rezygnują. Zresztą, całkiem słusznie. Jest też grupa takich, które nie radzą sobie z materiałem, którego jest, wbrew pozorom, całkiem sporo. Ale tych mi też nie żal, bo jednak zawód pielęgniarki wymaga pewnej wiedzy. Można się kłócić, czy faktycznie pielęgniarka musi wiedzieć, jakie podkorowe ośrodki mózgowia należą do układu pozapiramidowego, racja, ale niech im będzie. Jest jeszcze jedna kwestia - kwestia traktowania studentek przez wykładowców, często lekarzy. Już na studiach jesteśmy postrzegane jako osoby gorsze i z zasady głupsze, stajemy się ofiarami niespecjalnie śmiesznych komentarzy. Najobrzydliwszy z tych, jakie słyszałam na zajęciach, brzmiał następująco : "XY, ucz się, bo kto mi będzie basen podkładał!". To jest właściwie kwintesencja opinii wielu wykładowców na temat studentów pielęgniarstwa. Dlatego jest też część, która zrezygnowała, bo nie poczuła tego "powołania". Tym bardziej, że już w pierwszym semestrze jesteśmy rzucane na najgłębszą wodę, tj. praktyki na oddziałach neurologicznych i geriatrycznych, czyli tam, gdzie najwięcej jest pracy tej fizycznej, pielęgnacyjnej, gdzie trzeba znosić trudy obcowania z człowiekiem ogarniętym demencją starczą i innymi zaburzeniami psychicznymi, kiedy trzeba pokonywać swoje słabości, kiedy widzi się takie ludzkie stany, o których wcześniej nawet się nie myślało. Po takich praktykach każdy musi zdecydować, czy to na pewno ten zawód, który chce wykonywać przez kolejnych kilkadziesiąt lat.
A jak jest w pracy? Zdecydowanie nielepiej. Począwszy od sprawy zarobków. W zwyczajnym powiatowym szpitalu w Bytomiu pielęgniarka zarabia ok 1700 zł. W Bytomiu, na Śląsku, czyli tam, gdzie podobno są najwyższe zarobki, tuż za Warszawą! Oczywiście są też miejsca, gdzie można zarobić więcej np. w szpitalach klinicznych podlegających pod Śląski Uniwersytet Medyczny, tam też warunki pracy są o wiele lepsze. Tam pielęgniarka wykonuje właściwe dla siebie zadania, ma odpowiedni odcinek pracy i niczym innym się nie martwi, bo szpital zapewnia odpowiednią liczbę personelu. W zwykłych powiatowym szpitalu jest nieco gorzej, pielęgniarka w ciągu dnia wykonuje milion różnych czynności (np. rano pracuje w punkcie pobierania krwi, później biegnie na chirurgię, w międzyczasie odwiedza laboratorium etc etc). No i nie udało się jeszcze to, o co walczy się od kilkunastu lat. W latach 90tych weszła w życie ustawa (jeśli się nie mylę, to ta z 5 lipca 1996 roku), która jednoznacznie określa, że pielęgniarka nie jest elementem personelu podległego lekarzowi, jest natomiast autonomicznym pracownikiem, który ma swoje odrębne zadania (choć oczywiście wykonuje zlecenia lekarskie) i który ma prawo odmówić wykonania danego zlecenia. Rzeczywistość jest jednak taka, że lekarze nadal czują się bogami, a pielęgniarki mają za swoje służące. Nie dotyczy to, rzecz jasna, wszystkich lekarzy. Poznałam też takiego lekarza, który z wielkim szacunkiem mówił o naszym zawodzie, który zapewniał nas, że to my jesteśmy nadzieją dla pacjentów, których odsyła się z kolejnych oddziałów z kwitkiem. Mówił, że w szpitalach brakuje ludzi, którzy będą protestować przeciwko temu, co się tam dzieje. Wspominał też swoją pracę jeszcze w czasach Polski Ludowej, choć zadeklarowany antykomunista, pod względem opieki medycznej poniekąd chwalił tamte czasy mówiąc, że przynajmniej wtedy nie wypuszczano pacjenta ze szpitala, kiedy ten jeszcze chorował. A dziś na szpitalnych wypisach brakuje tylko słowa "spieprzaj".
Kolejna sprawa to odpowiedzialność i zagrożenie, jakie niesie ze sobą ten zawód. Chyba nie trzeba nikomu wyjaśniać wagi tej odpowiedzialności, jaka spoczywa na pielęgniarce. A zagrożenia? Praktycznie każda pielęgniarka, z tych, które znam, choć raz w życiu przekłuła się igłą pacjenta lub w jakikolwiek inny sposób naraziła się na kontakt z materiałem zakaźnym. I nie jest to wina nieuwagi czy braku odpowiednich umiejętności, to są po prostu wypadki. Warunki, w jakich wykonywana jest praca, także nie pomaga w zapobieganiu takim sytuacjom. Warunki, w których jest ciągły pośpiech, w których bezustannie brakuje potrzebnych przyrządów. W takich warunkach praca pielęgniarki nie będzie w 100% bezpieczna. Do tego dochodzi kwestia wspomnianych przeze mnie na początku tego tekstu problemów z kręgosłupem. Moi drodzy, zgodnie z prawem pielęgniarka może podnieść pacjenta o masie 16,6 kg, natomiast w 3 pielęgniarki każda może podnieść 25 kg. Tak więc mając pacjenta 90-kilogramowego potrzebaby 4 pielęgniarek. Pokażcie mi, proszę, taki oddział. W Polsce. Moja mama jest zwykle jedyną pielęgniarką na dyżurze i zapewniam Was, pacjenci tam nie ważą 16,6 kg. Oczywiście takiej pielęgniarce przesunie się kiedyś krążek międzystawowy albo zerwie sobie więzadła chociażby macicy, ale nie ma mowy o jakimkolwiek odszkodowaniu, bo przecież nie miała prawa w pojedynkę podnosić pacjenta.
Kończąc już, chciałabym Państwu przedstawić jeszcze sytuację pewnego Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego, w niewielkiej mieścinie w Polsce, gdzie na 76 pacjentów przypadały, uwaga, 2 pielęgniarki. Dodam, że zwyczajowo w takich zakładach nie pracują lekarze, którzy tylko regularnie wizytują Zakład. Dlaczego jest tak nędznie? Po pierwsze, praca w takim Zakładzie jest cholernie ciężka fizycznie i psychicznie. Po drugie, dostaje się za tę pracę często mniejsze pieniądze niźli w szpitalach. I naprawdę nie chcę nawet myśleć, jak będą funkcjonowały takie placówki za 20-30 lat. Boję się tego. Coraz mniej jest takich dziewcząt, które chciałyby się poświecić dla niezwykle chorych ludzi, ludzi, których tak naprawdę nie można już wyleczyć, a których trzeba pielęgnować. Bo to jest naprawdę poświęcenie. Kilka dni pracy na takim oddziale przekona nawet tych najbardziej kpiących z pracy pielęgniarki.
Z drugiej strony myślę sobie, nieco egoistycznie, że może to jakaś nadzieja dla mojego pokolenia. Może takie doświadczenia przekonają wszystkich tych, od których ta służba zdrowia w jakimś stopniu jednak zalezy, że konieczne są zmiany. Może przyjdzie taki dzień, kiedy pielęgniarka będzie zarabiać godziwe pieniądze, a współtowarzysze pracy będą odnosić się do niej z szacunkiem. Z takim szacunkiem, z jakim ona odnosi się do każdego pacjenta, czy po prostu do każdego człowieka.
I jednocześnie mam przeogromną nadzieję, że w końcu młodzi ludzi zachęcą się do tego zawodu, który mnie samej sprawia niesamowitą radość, nie potrafię tej radości nawet rozsądnie opisać. To zawód uczący tak wielkiej wrażliwości wobec drugiego człowieka, o jakiej nie przeczytacie nawet w najbardziej ckliwych powieściach obyczajowych. To taki zawód, który sprawia, że nawet po 30 latach wykonywania pracy ciągle czuje się to ciepło i współczucie wobec cierpiącego człowieka. I nawet po tych 30 latach pamięta się swojego pierwszego pacjenta.


Komentarze
Pokaż komentarze (25)