0 obserwujących
116 notek
40k odsłon
  74   0

Niedziennikarz roku

Tomasz Lis wyrokiem środowiska dziennikarskiego został Dziennikarzem Roku 2009. Za co?!

A niech tam. Narażę się na zarzut, że przemawia przeze mnie zawiść mediów drukowanych wobec elektronicznych.

Niech mnie oskarżą o zwykłą zazdrość czy o starczy konserwatyzm, niech mi zarzucą złe wychowanie, że krytykuję Szanownego Laureata, którym wszyscy się nasładzają, że błyskotliwy, że pracowity, że kulturalny, że świetny, że to i że tamto.

Ja zresztą do Laureata jako takiego nic nie mam, mnie on niepokoi jako przedstawiciel gatunku.

Wszystkie nagrody za konkretne osiągnięcia zgarnęli jak co roku dziennikarze prasowi z kilku tytułów. To oni, to my potrafimy odsłonić opinii publicznej to, co przed nią skrywane, np. przypadek molestowania seksualnego przez księdza. To my dostarczamy bulwersującego newsa, opisując piekło domów starców. To my przykuwamy czytelnika do lektury reportażu o losie sportsmenek w NRD, dajemy do myślenia wywiadem z Jürgenem Habermasem. To my wytykamy Polakom, że współtworzą segregację w szkołach.

To tylko kilka zeszłorocznych nagród za prawdziwe osiągnięcia dziennikarskie.

Gdy jednak mowa o Dziennikarzu Roku ograniczamy się - bo przecież w plebiscycie głosują sami dziennikarze - niemal wyłącznie do nazwisk telewizyjnych. W ostatnich siedmiu Grand Pressach tylko raz, rok temu, przebił się pismak - nasz Marcin Kącki za "Pracę za seks w Samoobronie" i to ex aequo z Tomaszem Lisem.

Gdyby to były wybory "Twarzy Roku" czy "Ekranu 2008" - w porządku. Ale dziennikarz?

Cóż to za dziennikarstwo? Co takiego ważnego Tomasz Lis ma do przekazania Polakom? Na czym się zna? Jakich wartości broni? Co ujawnia, czego byśmy nie wiedzieli?

"Tomasz Lis na  żywo" to jeden z lepszych programów, w których politycy sprzeczają się na tzw. bieżące tematy. Lis tak steruje rozmową, że przynajmniej da się usłyszeć, co mówią. Ale przecież takie programy, które wypierają wszystkie inne, to nieszczęście mediów.

Działa tu spirala. Po upadku IV RP publiczność mniej ciekawi się polityką, więc media zaostrzają ton i nawet Tomasz Lis zaprasza Leppera, by podkręcić oglądalność. Nasze radia i telewizory są pełne polityków. Gadających, plotących trzy po trzy, kłamiących na potęgę, obrażających się nawzajem, kręcących bicze z piasku i puszących się bez odrobiny samokrytycyzmu.

Pseudodziennikarze występują z nimi w symbiozie. Zamiast zapraszać fachowców, którzy objaśnialiby rzeczywistość, oddają czas antenowy politykom, by walili się po głowach. Dostają za to od polityków szacunek wyrażający się przymilnym "panie redaktorze".

Lis prowadzi program "Tomasz Lis na żywo" w TVP 2 stosując metodę, którą można określić jako podkręcanie pyskówki. Polityk A zaczyna krytykować polityka B, ale gdy wchodzi w szczegóły Lis grzecznie (bo jest grzeczny) mu przerywa i zwraca się do B: - Poseł A powiedział, że pan się na niczym nie zna. Jak pan odpowie na taki zarzut?

I tak rozkręca się karuzela obelg, która przesłania, o co w polityce w końcu chodzi. Nie ma miejsca na pytanie, co ma sens, co jest dobre, co mądre, co szlachetne. Takie rzeczy marnie się sprzedają. Dlatego jest ich coraz mniej, więc sprzedają się jeszcze gorzej. Publiczność, słuchając na okrągło tego magla rozleniwia się: Po co tyle myśleć, zwłaszcza jak człowiek zmęczony po całym dniu pracy?

W podobny sposób robi się tematy społeczne czy obyczajowe jak problem dzieci różnokrajowców, czy in vitro. Forma pyskówki-tv daje nieuchronny efekt - temat zostaje sprowadzony do populistycznych, ordynarnych uproszczeń.

Liczy się efektowna teza. Niedawno Lis domniemywał, że Aleksander Kwaśniewski nie był donosicielem o psełdonimie "Alek" lecz wzorowym działaczem PZPR.

Otwierając telewizor, Polacy (bezwiednie?) wsiadają na krzesełka tej karuzeli głupoty, choć wydaje im się pewnie, że uczestniczą w jakiejś publicznej debacie. To nie jest żadna debata, żadne dziennikarstwo. To pyskówka, która ostatecznie zniechęca nas do myślenia, do poważnej oceny życia publicznego, do konfrontowania polityki z wartościami czy choćby ze zdrowym rozsądkiem. Co najwyżej przykuwa na moment naszą uwagę, tak jak awantura na ulicy. I tak jak w ulicznej bitce uwaga skupia się na tym kto kogo.

Kto na tym zyska - to ulubione pytanie mediów. Prezydent czy premier?

 

Wzór

Lubię to! Skomentuj23 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale