(...)
Na blacie znajdowały się: Siódemka pik, Dziesiątka pik, As kier i Siódemka trefl.
Większość z kilkudziesięciu osób znajdujących się w pomieszczeniu w skupieniu obserwowała obu pozostałych w rozdaniu graczy, a gwar rozmów powoli cichł, aż w końcu niemal całkowicie zamarł.
Gracz siedzący przodem do atrium poprawił okulary, rozejrzał się po sali i uśmiechnął lekko.
- Korzystając z okazji, pozwolę sobie podzielić się swoim prywatnym przemyśleniem na pewien temat egzystencjalny. Otóż moim zdaniem, wbrew pozorom, niewiele jest w naszym życiu momentów unikalnych, niepowtarzalnych i prawdziwie cennych. I dlatego warto doceniać każdy z nich, a nawet więcej - warto się nimi cieszyć, smakować je, wręcz delektować się każdym, który się nadarzy. Co więcej, te krótkie przecież jak mgnienie oka i jakże wyjątkowe zdarzenia, kiedy już nastąpią, często pozwalają nam zredefiniować dalsze życie; na dobre bądź na złe, ale zmienić los. I nie mam tutaj na myśli trywialnego aspektu materialnego, bo to tylko nędzny subpoziom całego doświadczenia. Prawdziwym metapoziomem jest coś zupełnie innego, możliwość przekroczenia własnych granic, wyjścia poza siebie, że tak to żałośnie lapidarnie ujmę.
Mówił tonem nadzwyczaj lekkim, patrząc prosto na drugiego gracza, którego zasłaniało przed wzrokiem widzów oparcie wysokiego klubowego fotela.
- Kończę już, żeby nie zanudzić ciebie, Kaz, i publiczności. Konkluzja jest taka, że nigdy, ale to nigdy, nie należy się przed taką szansą uchylać. Wręcz przeciwnie, trzeba ją wykorzystywać.
Przerwał na chwilę, wyraźnie się zastanawiając.
- Ikar spłonął, ale poleciał. Niewielu dostaje tę szansę, dlatego warto ją podjąć. Żeby oderwać się od ziemi i polecieć w chmury, w stronę Słońca. Owszem, ryzyko spłonięcia istnieje, ale tego, że leciałeś, nie odbierze ci nikt, a bez tego ryzyka nigdy nie oderwiesz się od ziemi. Oczywiście ziemi metaforycznej, symbolizującej twoje ograniczenia. A na koniec, wieńczący dzieło, może jednak się uda? Mit jest kretyński, bo nie uwzględnia możliwości dotarcia do celu, a ona przecież istnieje. Nie wszyscy płoną. Część przechodzi na inny, wyższy poziom. Czy nie chciałbyś też go osiągnąć? Ja bym chciał. Bardzo, ale to bardzo bym chciał.
Przerwał ponownie i zadumał się z oczami wbitymi w górę, podpierając brodę prawą ręką.
- Wznieść się, nad poziomy wylecieć. Może nawet być lepszym poetą?
Opuścił gwałtownie wzrok i spojrzał drapieżnie w oczy drugiego gracza.
- Wiem, co masz. Ty wiesz, że ja wiem. Za to nie wiesz, co mam ja, choć możesz się domyślać. Tylko przed nami jeszcze jest rzeka. Jeśli przegrasz, będziesz mógł grzecznie spasować, pogratulować mi szczęścia, z którego słynę, i wstać biedniejszy o trywialne dla naszego potężnego nafciarza...
Rozległy się liczne parsknięcia i śmiechy. Barczysty, długowłosy mężczyzna w szytej na miarę marynarce który chwilę wcześniej wstał od stolika, poczerwieniał na twarzy i łapczywie łyknął z trzymanej w ręku szerokiej szklanki, po czym opuścił wzrok na własne buty.
- ...acz całkiem spore dla wielu ludzi pieniądze. Najprawdopodobniej jednak wygrasz i odejdziesz od stolika z całą pulą, ograniczoną jedynie tym, że gramy zwykle do wysokości wkupów, choć przecież nie zawsze. Jeśli przez to domyślne ograniczenie się powstrzymywałeś, to proponuję je usunąć i zagrać dalej bez jakichkolwiek ograniczeń stawki. Co myślisz, Kaz?
Skończywszy, pochylił się do przodu, położył łokcie na stole i podłożył obie ręce pod brodę, wpatrując się w rozmówcę delikatnie, wręcz z czułością.
Tamten odezwał się po chwili.
- To zależy. Na jakim poziomie? Jako esej filozoficzny przemyślenia takie sobie, jako monolog fajne, IMO. Co do pytania, to zgadzam się, Lucjanie.
Po sali przeszedł głośny szmer, padło kilka cichych przekleństw.
- Cóż, w takim razie wchodzę. Za wszystko, co mam - powiedział spokojnie Lucjan.
Drugi gracz odezwał się dopiero po dobrej minucie.
- Chyba rozumiem, acz wolę się upewnić. Zgodziłem się na grę bez ograniczeń stawki, czy tym samym zgodziłem się również na konieczność wyrównania twojego all-ina moim all-inem? Czy mogę po prostu postawić wszystko, co mam przy tym stole, ewentualnie dorzucić ile sam uznam za stosowne, i tyle? Czy to będzie uczciwe?
- Nie będzie to uczciwe ani nieuczciwe. To nie ta kategoria, Pchlarzu. Natomiast będzie to w pełni bezpieczne. I jak najbardziej możesz to zrobić: zagrać bezpiecznie, ryzykując dotychczasową wygraną, wkup i może jeszcze jakiś rodzinny porcelanowy bibelocik czy tam bidecik, bo czemu nie? Raz w życiu, Pchlarzu. Raz w życiu się odważ. Dare! Odważ się! Dare, kurwa! Oderwij się w końcu od ziemi, spójrz w gwiazdy i leć. Leć!
Wrzasnął ostatnie słowa.
- Tekst o rodzinnym porcelanowym bidecie niezły, przyznaję. Inspirowany może Tuwimem? Jeśli tak, to podwaja jakość tej szydery, żeby nie było. Choć szkoda, że nie odważyłeś się powiedzieć wprost - nocnik. Daj mi chwilę, zastanowię się.
Głos jego przeciwnika pozostał spokojny, lekko rozbawiony.
- Uznając i popierając prawo dorosłych mężczyzn do podejmowania męskich decyzji, pozwolę sobie na krótką uwagę.
Starszy mężczyzna w mundurze majora mówił poważnym tonem.
- Gdybym pana nie znał, kapitanie Zawada, nie uwierzyłbym, gdyby moja własna żona, której ufam nad życie, opowiedziała mi choćby kilka historii z panem i kartami. Pański niefart do kart dosłownie łamie probabilistykę.
- Major Maślak jest zbyt delikatny, Kaziu. Jesteś największym pechowcem na Ziemi, choć na szczęście tylko do kart. Przegrasz. Jak zawsze. Chyba że posłuchasz rady podpułkownika Kamieńczyka i odważysz się przekroczyć własne ograniczenia. Przejdź na wyższy poziom, wydoroślej w końcu, choć trochę. Spasuj i wstań od stolika, zanim spadnie ostatni miecz - dodał starszy, siwy mężczyzna o orlej twarzy w mundurze pułkownika, po czym odwrócił się i wyszedł z sali.
- Dokładnie, Kaz. Wydoroślej. Porzuć utopijne rojenia czy tam fantazmaty i skup się na realnym życiu. Mniej to więcej, nie ma co się rzucać z motyką na Słońce, trzeba być grzecznym i pragmatycznym, dobrym dla zwierząt i takie tam. Wiesz co, pchlarzu, może i to jest dobre rozwiązanie. Na początek spasuj, potem awansuj na starszego oficera, bo kapitan w tym wieku to trochę wstyd, a na koniec wreszcie się ożeń, niemłody i liniejący kawalerze. Co myślicie, dziewczyny? Mysza, będziesz zainteresowana?
Lucjan sypnął kpiąco garścią dobrych rad i obrócił głowę w stronę trzech stojących obok niego młodych kobiet.
Długonoga kobieta o popielatych włosach uśmiechnęła się delikatnie.
- Na pewno nie jestem zainteresowana hazardzistami, Lucjanie.
- Słyszałeś, Kaz? W końcu będziesz miał u Myszy szansę, jak spasujesz. Tyle wygrać, przegrywając! Będziesz zwycięzcą, Kaz. Śnieżka, co myślisz?
Obrócił minimalnie głowę w stronę zjawiskowo pięknej dziewczyny o śnieżnobiałych włosach i eterycznej sylwetce.
- To nie ma znaczenia, podpułkowniku Kamieńczyk, bo to nie ja siedzę przy stoliku. A w szerszym ujęciu poker jest mi obojętny, tak jak i wynik tego rozdania. W żaden sposób nie wpłynie na moją opinię o kapitanie - odpowiedziała.
- Teraz rozumiem, czemu robisz za nieformalnego szefa HR nie tylko Czwórki, ale i całej bazy, Śnieżko. Jak już przejmę władzę nad Polską i światem, to mianuję ciebie naczelnym dyplomatą mojego imperium. Nadajesz się. Julio?
Lucjan wyraźnie się zirytował.
Najwyższa, a zarazem wyraźnie najmłodsza z całej trójki, wyglądająca na co najwyżej osiemnastoletnią dziewczyna o długich, prostych, kruczoczarnych włosach, wypuściła balona z żutej gumy. Kiedy pękł, podniosła trzymaną w ręku butelkę piwa i upiła spory łyk. Nie odezwała się.
- Julii po prostu nie da się upilnować, dlatego dałem jej piwo, oczywiście bezalkoholowe - wyjaśnił patrzącym na niego z potępieniem obecnym Lucjan.
- No raczej. Poza tym jest bezalkoholowe - z radością w głosie i komicznie puszczając oczko przy słowie „bezalkoholowe”, potwierdziła Julia, po czym pociągnęła kolejny łyk.
Zawada cichym głosem poprosił kilka osób o podejście. Kiedy to zrobiły, pokazał im karteczkę, na której chwilę wcześniej coś napisał.
- Proszę was o zapamiętanie treści, na wypadek gdyby kartka zaginęła.
Zgiął ją na pół, a następnie ponownie na pół i podał przez stół Lucjanowi. Ten odebrał ją, rozwinął i przeczytał.
- Zgadzam się - powiedział spokojnie, po czym gestem wstrzymał krupiera.
- Jeszcze nie, zaczekaj proszę.
Spojrzał na kapitana, uśmiechnął się, rozsiadł wygodniej w fotelu i przypił do Zawady szklanką whisky. Ten najwyraźniej odpowiedział tym samym, bo chwilę później rozległ się lekki trzask, kiedy stuknęli się szkłem.
Lucjan odsunął głowę, spojrzał w górę i zamknął oczy.
- Kapitan powie kiedy.
- Ty zadecyduj, Arbitrze, ale daj nam przynajmniej minutę - powiedział Zawada do krupiera, również zamykając oczy.
Cisza była absolutna.
Krupier odsłonił kartę.
Rozległo się chóralne westchnienie.
Piątą kartą była ósemka pik.
- To są moje dwie. A ty co masz? - Lucjan pokazał szóstkę i dziewiątkę pik.
Kapitan Zawada odłożył na stół dwie karty rewersami do góry - Gratuluję wygranej, Lucjanie. Wybacz że nie zostanę dłużej, poczułem nagle chęć żeby lecieć. - Wstał, skłonił się lekko i wyszedł odprowadzany i współczującymi i jawnie kpiącymi spojrzeniami.
(...)



Komentarze
Pokaż komentarze