Tomasz Lis stracił posadę redaktora naczelnego tygodnika „Wprost”. Ściślej rzecz ujmując został wywalony ze wzmiankowanego czasopisma na zbity pysk. Moją pierwszą myślą była ta, że wreszcie jego wydawca przejrzał na oczy i zobaczył jak pod wodzą gwiazdora polskiego dziennikarstwa świetny niegdyś tygodnik stał się gniotem nie nadającym się nawet do zabrania w ustronne miejsce. Szybko jednak się zreflektowałem, przecież właśnie o to chodziło – o zamknięcie gąb prawicowym i konserwatywnym publicystom, którym periodyk udzielał swoich łamów. Tomasz Lis był gwarantem, że pismo przybierze (jedynie) słuszną linię i nie będzie szkodzić polityce miłości uprawianej przez pokój miłującą Platformę Obywatelską i salonowe autorytety. W tym świetle wywalenie go ze stanowiska oberredaktora wydało mi się co najmniej dziwne, zwłaszcza po przyznaniu premierowi tytułu „Człowiek Roku 2011”.
Parę godzin później okazało się, że sprawa wywalenia redaktora Lisa ma drugie dno. Przez media przeleciała lotem błyskawicy wieść, że ma on zostać prezesem Telewizji Polskiej. Szybko poszło, jeszcze nawet nie odbyła się gala wręczenia tytułu panu premierowi a tu już dowód wdzięczności w postaci stanowiska. I to jakiego! Potężne wpływy, gigantyczna pensja, władza nad umysłami i żadnej odpowiedzialności. Umie się Donald Tusk odwdzięczyć, oj umie! Pomyślałem sobie nawet czy nie napisać paru pochwalnych tekstów na temat jego pracy, osiągnięć i geniuszu, może też by mi się trafił jakiś ciepły stołek w dowód wdzięczności? Prezesa ZUS-u, szefa jakiejś spółki skarbu państwa czy choćby tylko dyrektora jakiegoś ministerialnego departamentu. Szybko jednak zrezygnowałem z tego pomysłu. Co mi po pieniądzach, splendorze, wpływach, kiedy musiałbym się pozbyć wszystkich luster ze swojego otoczenia...


Komentarze
Pokaż komentarze