Kolejna PiaRowski manewr Platformy Obywatelskiej nosi tytuł: „Ziobro i Kaczyński przed Trybunał Stanu”. Uroczystego przecięcia wstęgi i prezentacji projektu dokonał poseł Rafał Grupiński po czym w Sejmie zawrzało jak w ulu. Bieganina, liczenie głosów, rozmowy, negocjacje... jakby to gadanie miało jakikolwiek sens. Przecież od samego początku wiadomo, że wniosek ten NIE MA PRAWA PRZEJŚĆ! I to nie dlatego, że nie zyska poparcia ciała ustawodawczego, ale właśnie dlatego, że jest klasycznym zabiegiem pod publiczkę, zasłoną dymną mającą zająć opinię publiczną i odwrócić jej uwagę od działań – nazwijmy je – niezbyt popularnych, jak choćby manipulacji wiekiem emerytalnym. Szkoda tylko, że wielu poważnych komentatorów dało się złapać na ten tani chwyt.
W naszym pięknym kraju żaden rząd nie odważy się postawić swoich poprzedników przed jakimkolwiek sądem, nie odważy się rozliczyć ich działalności ze strachu, że mógłby niechcący zapoczątkować nową tradycję i – po wygaśnięciu własnej kadencji – sememu, w komplecie, przed obliczem sprawiedliwości stanąć. Powodów nie braknie, zarzuty przeciwko polskim politykom zebrać żadnym problemem dla średnio rozgarniętego prokuratora nie będzie. Po co zatem ryzykować? Postraszyć i owszem, można, zyskać poparcie wrogów naszych wrogów – czemu nie, ale słowa dotrzymać? W polityce? Toż to nie uchodzi...
Przyznam, że trochę żałuję. Raz, że zrobiłby się niezły cyrk i przez dobrych parę tygodni byłoby o czym pisać, kopalnia tematów – że się tak wyrażę – stanęłaby przed publicystami, blogerami, satyrykami, dziennikarzami otworem. A dwa – właśnie ze względu na tę tradycję. Gdyby premier i ministrowie już na początku kadencji doskonale wiedzieli, że po złożeniu tek trzeba będzie zdać sprawę ze swoich dokonań zaczęliby może wreszcie działać na korzyść kraju i ludzi, którzy powierzyli im zarząd nad wspólnym dobrem. Ale cóż, próżne nadzieje, na dekompozycję naszego rodzimego matrixu przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)