„Ci, którzy porównują UE do ZSRR wykazują kompletny brak zrozumienia czym jest demokracja” - tak rzeczniczka szefa Komisji Europejskiej Pia Ahrenkilde Hansen skomentowała wypowiedź premiera Wiktora Orbana porównującą Unię Europejską do byłego Związku Sowieckiego: „Wolność oznacza to, że sami ustanawiamy prawa rządzące naszym życiem, że my sami decydujemy, co jest dla nas ważne, a co nie – według patrzenia węgierskiego oka, według węgierskiego sposobu myślenia, idąc za rytmem węgierskiego serca. Dlatego to my sami piszemy naszą Konstytucję. Nie potrzebujemy kogoś, kto by prowadził nas jak osła. Nie potrzebujemy też niechcianej pomocy obcych, którzy chcą sterować naszymi poczynaniami. Dobrze znamy naturę nieproszonej pomocy towarzyszy. Umiemy ją rozpoznać nawet wtedy, gdy skrywa się nie za postawnym mundurem, ale dobrze skrojonym garniturem”. Trudno się nie domyślić, że tymi słowy węgierski premier odniósł się do trwającej od pewnego czasu unijnej nagonki przeciwko działaniom jego rządu. Lewackim eurokratom nie podoba się, że jedna z podległych im prowincji próbuje wybić się na niezależność, robią więc wszystko co w ich mocy by te dążenia zdyskredytować...
Może i Wiktor Orban nie wie czym jest demokracja, ale raczej trudno przypuszczać by zechciał brać korepetycje u Jose Barroso. Komisja Europejska której przewodniczy (Barroso, nie Orban) jest niemal doskonałą kopią Rady Komisarzy Ludowych: koterią biurokratów żyjących we własnym świecie, którą od sowieckiego pierwowzoru różni tylko (i wyłącznie) nieco niższa średnia wieku. Identyczne jest też oderwanie od rzeczywistości tego gremium, któremu wydaje się, że za pomocą magicznych dyrektyw zamieniających ślimaka w rybę można zaprowadzić raj na Ziemi. Jej decyzje podejmowane są całkowicie autonomicznie, praktycznie bez żadnej kontroli. Fasadowy Parlament Europejski ma co prawda stwarzać pozór demokracji i nadzoru nad Komisją, jednak jego kompetencje są tak ograniczone, że nie ma żadnego (albo prawie żadnego) wpływu na proces stanowienia unijnego prawa. I wszystko toczyłoby się swoim torem, gdyby przypadkiem Węgrzy nie powierzyli pieczy nad swoim krajem partii Fidesz Wiktora Orbana...
Węgry są pierwszym krajem, który upomniał się o swoją suwerenność. Reakcja komisji była gwałtowna i bezkompromisowa: prasowa nagonka, oskarżenia o łamanie standardów demokracji (europejskiej, następczyni osławionej demokracji ludowej) i groźby wstrzymania międzynarodowej pomocy finansowej. A wszystko po to, by wolny naród ugiął się i pozwolił zaprząc w imperialne tryby a swój kraj pozwolił zamienić w kolejną prowincję podległą biurokratom z Brukseli. To co Sowieci załatwiali za pomocą armii i morderców z NKWD/KGB Komisja Europejska powierza specjalistom od finansowych i prawnych manipulacji. Metody co prawda różne, ale cel ten sam – totalne podporządkowanie. Ciekawy jestem kiedy powstanie europejski odpowiednik „Miecza i tarczy partii” ścigający za nieprawomyślność i jakikolwiek przejaw krytyki „Matuszki Unii”...
Jak widać ja też nie rozumiem, czym jest demokracja, mogę się poszczycić przynależnością do dobrego towarzystwa. Nie martwię się tym, wielu otaczających mnie rzeczy nie rozumiem: hipokryzji rządzących, zachłanności urzędników, idiotyzmu przepisów, medialnych manipulacji. Niestety, muszę z tym żyć mając bardzo znikomy wpływ na zmianę rzeczywistości: jeden głos w wyborach raz na cztery lata. Mimo to naiwnie próbuję go wykorzystać mając nadzieję, że w Polsce też trafi się wreszcie szef rządu pokroju Wiktora Orbana. Nie idealny, nie doskonały, ale na tyle uczciwy by polską rację stanu przedkładać nad europejskie profity. Taki, pod którego przywództwem sami będziemy decydować o tym, co jest dla nas ważne i sami będziemy ustanawia prawa rządzące naszym życiem. Czy to wiele? Cóż, czasami wydaje mi się, że zbyt wiele...


Komentarze
Pokaż komentarze (8)