Mamy przerąbane, będziemy zapieprzać do sześćdziesiątego siódmego roku życia i nic na to nie możemy poradzić – premier już postanowił. Co prawda przywódca koalicyjnego PSL-u staje okoniem, ale to niczego nie zmieni – albo Pawlak się ugnie, albo jego miejsce zajmie Palikot. Donaldowi Tuskowi wszystko jedno kto będzie koalicjantem, grunt żeby pomógł mu zachować stanowisko. Dla nas będzie to oznaczać totalną zmianę. Szef ruchu poparcia samego siebie nie jest w ciemię bity i wie, że po wyjściu ludowców z rządu jest jedyną siłą w parlamencie, z którą PO może zawrzeć porozumienie. Dostanie do ręki wszystkie atuty i wykorzysta je bez skrupułów. Darmowa antykoncepcja, In Vitro, aborcja na życzenie, małżeństwa jednopłciowe z adopcją dzieci i oczywiście sztandarowy postulat – usunięcie wszystkich krzyży z miejsc publicznych. Tusk się na to zgodzi bez mrugnięcia okiem. Na wszystko się zgodzi, byle tylko nie potłuc sobie tyłka i nie spaść premierowskiego stołka.
A'propos emerytur: rząd obiecuje, że pracując dłużej dostaniemy więcej. Znacznie więcej. Bzdura kompletna, kiełbasa wyborcza i to nieświeża, bo od wyborów minęło już niemal pół roku. Byłoby tak, gdyby nasze pieniądze były składowane na indywidualnych kontach i inwestowane. Tymczasem poza wydłużeniem czasu pracy w systemie nie zmieni się nic. Pieniądze pobierane w ramach składki na ubezpieczenie społeczne od pracujących będą od razu wypłacane emerytom jako należne im świadczenie. Oczywiście pomniejszone o koszty generowane przez ZUS. Rząd obiecując wyższe emerytury bezczelnie kłamie, jest jak złota rybka broniąca się przed patelnią, na której już skwierczy tłuszcz. A my jesteśmy jak ten frajer wierzący, że pływająca amatorka robaków może odmienić jego życie.
Skoro mowa o złotej rybce to może warto, ku przestrodze, przypomnieć sobie stary dowcip. Pewien biedny emeryt (nomen omen) miał ostatnie pięćdziesiąt złotych. Upał panował przeraźliwy, jak to w środku lata, zatem nasz bohater pomyślał, że kupi kanister piwa a przez resztę miesiąca będzie żywić się złowionymi w pobliskim jeziorze rybami. Jak postanowił tak zrobił, zabrał kanister i ruszył do knajpy. Kiedy wrócił spuścił cenny nabytek do studni, żeby napój nabrał odpowiedniej do spożycia temperatury, zabrał wędki i poszedł uzupełnić prowiant. Jak to w bajkach bywa bardzo długo bez rezultatu moczył patyk w wodzie a kiedy już zniechęcony zamierzał odejść spławik drgnął. Poderwał i – banalne – zobaczył trzepoczącą na końcu żyłki złotą rybkę. Jako że na świecie panował kryzys rytuał jaki później nastąpił miał nieco nietypowy przebieg: rybka zaoferowała tylko jedno życzenie. Szczęśliwy wędkarz długo się nie zastanawiał, poprosił by chłodzący się w studni kanister z piwem był zawsze pełny. Właśnie mija dziesięć lat odkąd w pocie czoła i z wypiekami na twarzy próbuje go otworzyć...
Jeżeli uwierzymy słowom premiera o wysokości naszych przyszłych emerytur czeka nas dokładnie ten sam los jaki spotkał faceta z dowcipu – mając pełen kanister piwa będziemy gasić pragnienie śmierdzącą chlorem wodą z kranu. Paradoks polega na tym, że jeżeli nie uwierzymy to i tak niczego nie zmienimy. Praktycznie nie mamy już wpływu na naszą przyszłość, o której zadecydował miłościwie nam panujący z naszego własnego wyboru premier Tusk. Bo albo wicepremier Pawlak ustąpi i zgodzi się na podniesienie wieku emerytalnego albo zrobi to za niego Janusz Palikot, który zafunduje nam koszmar, przy którym Hiszpania pod rządami Jose Manuela Zapatero będzie się jawić jako zabetonowany bastion konserwatyzmu. Jednym słowem obojętnie co się stanie będzie nam nieprzyjemnie – albo będziemy stać na deszczu albo wpadniemy pod rynnę a stamtąd wprost do kolektora ściekowego. A wszystko to za nasze pieniądze, które będziemy państwu w zębach przynosić do sześćdziesiątego siódmego roku życia, żeby nasi włodarze mieli za co tworzyć kolejne absurdy. By żyło się, oczywista oczywistość, lepiej.


Komentarze
Pokaż komentarze