Dawniej, zanim ludzie naćpali się socjalistycznymi bredniami głoszącymi społeczną sprawiedliwość, walkę klas i kretyńskie hasła francuskiej rewolucji świat wyglądał normalnie a ludzie żyli sobie w miarę spokojnie, bez większych stresów generowanych przez rządzących nimi idiotów. Ci, którzy mieli pieniądze zatrudniali tych, którzy ich nie mieli zapewniając sobie potrzebną siłę roboczą a swoim pracownikom byt. Obydwie strony były zadowolone i świat kręcił się w swoim rytmie bez niepotrzebnych zakłóceń. Do momentu, kiedy pojawili się na nim ideolodzy pragnący zlikwidować społeczne różnice. Pomiędzy pracodawców i pracowników wpieprzyło się państwo i nic już nie wygląda normalnie...
Dziś człowiek mający pieniądze musi znaczną ich część oddać w ramach narzuconego haraczu państwu, by mogło ono utrzymywać rzesze bezrobotnych. Pal licho, gdyby pieniądz ten w całości był przeznaczony na zasiłki, kursy i – mądre słowo – aktywizację. Niestety, ogromną większość z nich pochłaniają urzędnicy powołani jedynie w tym celu by wyręczyć przedsiębiorcę w zapewnianiu bytu ludziom ze społecznych nizin. Gdzie sens? Przecież gdyby nie musiał on (wspomniany przed chwilą przedsiębiorca) oddawać ciężko zarobionej kasy państwowym darmozjadom sam zwiększyłby zatrudnienie i rozbudowana pomoc społeczna nie byłaby w ogóle potrzebna! Gdyby statystyczny osiedlowy sklepikarz nie musiał oddawać państwu większości wypracowanego przez siebie przychodu stworzyłby średnio dwa nowe miejsca pracy. Efekt natychmiastowy: on nie musiałby sam stać za ladą a państwo miałoby z głowy dwójkę bezrobotnych. Poszkodowana byłaby jedynie banda urzędników – darmozjadów, którzy jako niepotrzebni musieliby sobie poszukać zajęcia bardziej twórczego niż picie kawy i rozwiązywanie pasjansów w cieplarnianych, biurowych warunkach. Niestety, zarażeni socjalistycznym wirusem politycy nie są w stanie tego pojąć, ich mózgi nie przyjmują tej wiedzy do wiadomości. A nawet jeżeli przyjmują to niczego w kwestii zmiany idiotycznego systemu nie zrobią z obawy przed utratą głosów wychowanego na haśle „czy się stoi, czy się leży dwa tysiące się należy” społeczeństwa.
Zmienić tę chorą sytuację mogliby jedynie politycy niezarażeni wirusem socjalizmu, jednak oni nie mają szans zaistnieć w sejmie i przepchnąć prawa, które znormalizuje stosunki pomiędzy pracodawcą i pracownikiem. Wyborcy nigdy nie poprą człowieka, który otwarcie powie: „zmniejszamy nakłady na pomoc społeczną i zostawiamy pieniądze w kieszeniach pracodawców, by ci mogli tworzyć nowe stanowiska i zlikwidować bezrobocie w sposób znany od wieków”. Dlatego mamy w sejmie samą lewicę, pobożną i bezbożną, ale lewicę zaczadzoną bajdurzeniami o społecznej sprawiedliwości, równości i innymi kretyństwami. Przecież to państwo ma obowiązek dbać o obywateli, zapewniać im byt spokojne jutro. A przedsiębiorca to wyzyskiwacz bogacący się na pracy człowieka, który mógł sobie spokojnie leżeć do góry brzuchem i pobierać zasiłek...


Komentarze
Pokaż komentarze (21)