Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, wróble za oknem ćwierkają i fusy po porannej kawie mówią, że już za chwileczkę, już za momencik Jarosław Gowin z hukiem porzuci partię – matkę i przejdzie pod opiekuńcze skrzydła gorzelnika z Biłgoraja. Po nobilitacji jaka go spotkała byłoby czczą niewdzięcznością nadal tkwić w skostniałych strukturach Platformy zwanej Obywatelską! Być nazwanym „ciotą” przez Janusza Palikota to przecież tak jakby sam Breżniew nazwał go towarzyszem czy feministka siostrą, to jak przyjęcie do rodziny i to nie w roli lokaja czy odźwiernego ale od razu jako pełnoprawnego (nomen omen) członka! Równoprawnego Robertowi Biedroniowi, odrobinę jedynie ustępującego w zaszczytach miss Gabinetu Osobliwości Annie Grodzkiej.
Oczywiście epitet „katolicka” obok tytułu „ciota” powoduje pewien nerwowy zgrzyt i może wywołać lekką niestrawność, ale minister Gowin nie taką woltyżerkę ideologiczną uprawiał by sobie ze swoją katolickością nie poradzić. Grunt, żeby stanowisko zachować i ciepłą sejmową posadkę. Czyżby zatem pogłoski o nowej koalicji Platformy z Palikociarnią nie były jedynie czczą gadaniną? Czas pokaże, jednak nie jest to wykluczone. Problem może być jedynie z ministrą sportu Joanną Muchą, z której ciotę ciężko będzie zrobić a na feministkę wojującą za ładna. Ale wystarczy trochę pomysłowości, odrobina inwencji i sprawa załatwiona, od czego w końcu sztuczny organ, którym szef ruchu poparcia samego siebie chwalił się podczas konferencji w sejmie poprzedniej kadencji? Przyprawi się, zrobi z ministry ministra i już z Muchy będzie Giez i niezła partia na męża dla posłanki Grodzkiej. Jeszcze tylko na rowerze się nauczy jeździć, w gałę haratać, jeszcze tylko zapamięta czym różni się spalony na boisku od przypalonego kotleta i po kłopocie. Czego się w końcu nie robi dla dobra wyborców...


Komentarze
Pokaż komentarze