Prokuratura Wojskowa wystąpiła do IPN o wydanie akt dotyczących rodzin pilotów rozbitego pod Smoleńskiem Tupolewa – mjr Arkadiusza Protasiuka i ppłk Roberta Grzywny. Instytut, zgodnie z obowiązującym prawem, musi każde takie żądanie spełnić, problem w tym, że polscy prokuratorzy działają w tym wypadku jako pośrednicy. Sprawdzenia przodków pilotów domagają się bowiem... Rosjanie. Oficjalnie po to, by móc ustalić krąg osób uprawnionych do uzyskania statusu pokrzywdzonego w śledztwie prowadzonym przez Federację Rosyjską. Problem w tym, że zakres informacji jakich żąda strona rosyjska jest zbyt szeroki by dotyczył tylko i wyłącznie tego jednego aspektu. O co zatem chodzi nieoficjalnie? Czyżby nasi moskiewscy przyjaciele podejrzewali, że pancerną brzozę , o którą rozbił się (wedle oficjalnych ustaleń gen. Anodiny) prezydencki samolot zasadził dziadek któregoś z członków załogi?
Pomyślałem sobie, że Rosjanom te informacje nie są do niczego potrzebne, oni chcą po prostu sprawdzić jak daleko mogą się posunąć w żądaniach wobec strony polskiej. Po oddaniu śledztwa, potakiwaniu nawet najbardziej bzdurnym jego wynikom przyszedł czas na inwigilację naszych rodaków. Co będzie następne? Przekazanie dowództwa nad armią i lotnictwem? Oddanie w ramach „dowodu przyjaźni” ewentualnych złóż gazu łupkowego? Czy może od razu wprowadzimy Putina do Pałacu Namiestnikowskiego? Choć to raczej niepotrzebne, namiestnik wszak urzęduje tam od śmierci Lecha Kaczyńskiego zainstalowany przez nową targowicę. Jeszcze niedawno dziwiłem się, jakim cudem polska władza, już ta wolna, „niezależna” może być tak uległa wobec Rosjan? Przestałem po wczorajszym napadzie szału zaprezentowanym przez premiera Tuska, który w panikę wpadł gdy miał być głosowany PiSowski projekt uchwały zobowiązującej Rosjan do zwrotu wraku TU 154 M leżącego od dwóch lat na płycie rosyjskiego lotniska. Premier swoim „wystąpieniem” udowodnił czyim interesom służy i jaki ma priorytet – a nie jest nim na pewno polska racja stanu...


Komentarze
Pokaż komentarze