AlexanderDegrejt AlexanderDegrejt
220
BLOG

By żyło się lepiej

AlexanderDegrejt AlexanderDegrejt Polityka Obserwuj notkę 1

Będziemy zapieprzać do sześćdziesiątego siódmego roku życia. Tak dzisiaj zdecydowali nasi przedstawiciele zgromadzeni na Wiejskiej w Warszawie. Kropka. Nie ma nad czym deliberować, bo wszyscy już dawno wiedzieli, że wynik głosowania będzie taki a nie inny. Donald Tusk się uparł i koniec, nikt nie odważył mu się sprzeciwić. Nikt znaczący. A ci, którzy mieli inne zdanie i chcieli je wyrazić zostali z sejmu wywaleni na zbity pysk. Jak choćby związkowcy z „Solidarności”, których nie wpuszczono na sejmową galerię. Tak zdecydowała druga osoba i pierwsza baba w państwie, marszałek Ewa Kopacz. Ciekawa rzecz, przecież podczas jawnych obrad ma tam prawo wejść każdy. Jak się okazuje prawo to nie dotyczy tych, którzy mają zdanie odmienne od tego głoszonego przez Słoneczko Peru.

Pani marszałek uznała też, że „na ubolewanie wystarczy piętnaście minut”. Tymi słowy zwróciła się do Ludwika Dorna, kiedy ten poprosił o dwadzieścia pięć minut przerwy by posłowie przeciwni rządowej „reformie” mogli wyjść do oczekujących przed budynkiem sejmu związkowców. Powiedziałbym, że szefowa izby ustawodawczej jest chamem gdyby nie to, że nie chcę obrażać Bogu ducha winnych chamów. W każdym razie gdyby Ewa Kopacz kazała się pocałować w miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę efekt byłby ten sam.

Byłoby śmiesznie, gdyby nie było strasznie. W dniu, w którym sejm na wyraźne żądanie (bo jak to inaczej nazwać?) rządu i premiera podniósł wiek emerytalny członek tegoż rządu, minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, wywalił na bruk swoją sekretarkę. Sześćdziesięcio cztero letnią sekretarkę, dodajmy. Wywalił dyscyplinarnie, pod pretekstem wykorzystania przez nią zaległego urlopu bez zgody pracodawcy (czyli ministra). Ciekawa rzecz, że przez dwa tygodnie, kiedy rzeczona sekretarka nie pojawiała się w pracy pies z kulawą nogą nie zainteresował się, co się z nią dzieje. Mógł ją trafić szlag, mogła zwiać za granicę z teczką pełną ministerialnych dokumentów (żeby, na przykład, wywołać salwy śmiechu wśród zachodnich bądź wschodnich agentów służb przeróżnych), mogła zrobić cokolwiek. Minister grzecznie czekał na jej łaskawe pojawienie się by wręczyć jej pisemne zwolnienie. Może jaki debil w to uwierzy, bo moim skromnym zdaniem Arłukowicz miał już dość starszej pani blokującej miejsce młodej, ładnej, chętnej, bez zahamowań, etc., etc...

Później pan minister oczywiście lojalnie głosował za przedłużeniem czasu pracy nam wszystkim. Odnoszę wrażenie, że to jest sprawa dla psychiatry, rozdwojenie jaźni czy jakoś tak się to nazywa. Parę tygodni temu taki sam numer wywinął premier, zwalniając swojego „nadwornego” fotografa. Tłumaczył się, jak wszyscy pamiętają, redukcją kosztów. Szkoda tylko, że od razu wynajął do tych samych zadań zewnętrzną firmę, której płaci znacznie więcej. No, ale dzięki temu o parę tysięcznych promila wzrósł nam współczynnik PKB, można więc śmiało powiedzieć, że pan premier dba o nas jak mało kto a jego podwładni idą dzielnie w jego ślady. By żyło się, ma się rozumieć, lepiej...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka