W najbliższym czasie zostanie oddany do użytku 33 kilometrowy odcinek autostrady A4 od węzła Dębica do Rzeszowa. Z niewielkim co prawda opóźnieniem, bo miał być ukończony już na EURO 2012, ale parę miesięcy to przecież w polskich warunkach praktycznie tyle conic, nie ma się o co czepiać. Pisać też by nie było o czym gdyby nie to, że ten konkretny fragment autostrady zaczyna się i kończy w szczerym polu czyli prowadzi znikąd donikąd. Tak się jakoś dziwnie złożyło, że firmom budującym dwa sąsiadujące odcinki wypowiedziano umowy a nowych frajerów na ich miejsce nie znaleziono. Taki polski matrix, w którym kompletnie nie wiadomo o co chodzi ale wiadomo z całą pewnością, że chodzi o pieniądze.
Jak zwykle zresztą. Pieniądze, których nie otrzymali podwykonawcy; pieniądze, które wyparowały z budżetu państwa na budowę niezbudowanych dróg; pieniądze, które do tegoż budżetu miały wpłynąć z tytułu podatków i opłat koncesyjnych za użytkowanie tychże dróg; pieniądze, które przetransferowały się z kieszeni do kieszeni pod bliżej nieokreślonym stolikiem w jakiejś knajpie o niesprecyzowanej lokalizacji. No i o pieniądze, które zostaną zaoszczędzone na remoncie wzmiankowanego odcinka autostrady – bo będzie to chyba jedyny taki odcinek nie wymagający tegoż remontu po miesiącu eksploatacji. Jednym słowem jest i śmieszno i straszno i całkiem po polsku, czegoż można chcieć więcej? Oskara za ten spektakl i tak nie dostaniemy, akademia woli Borata od Barei i w sumie trudno jej się dziwić, ludzie jeżdżący na co dzień Drogą 66 zaczynającą się i kończącą w oceanie nie zrozumieją, dlaczego drogą zaczynającą się i kończącą w szczerym polu jeździć się nie da. Polish nightmare to jednak nie to samo co american dream, kto go nie przeżył ten nie zrozumie.
W sumie jednak nie jest źle, bilans wyszedł na zero i nie ma nad czym załamywać rąk. Dróg – zero, forsy – zero, poparcie dla rządu też za chwilę osiągnie tę wartość i tylko przedstawienie będzie trwać nadal. Szkoda tylko, że coraz więcej ludzi wychodzi ze spektaklu i przenosi się do innych teatrów, woląc komedię czy tragedię od połączenia tych dwóch gatunków. Nic to jednak, jak śpiewał nieodżałowanej pamięci Freddie Mercury „Show must go on” a życie kabaretem jest... i tak je trzeba brać.


Komentarze
Pokaż komentarze