Jaroslaw Kaczyński wezwał premiera Tuska do zaszantażowania Unii Europejskiej. Na spotkaniu z wyborcami i sympatykami w Rzeszowie powiedział: „Z tego miejsca wzywam premiera Tuska żeby już dzisiaj, a nie dalej niż jutro, powiedział głośno i jasno, że jeżeli nie dostaniemy 300 mld zł, które nam się należą, to zawetujemy budżet”. Wołał dziad na puszczy do obrazu. Premier nikogo nie zaszantażuje bo, po pierwsze, straciłby w ten sposób szansę na ciepłą posadkę szefa Komisji Europejskiej, a po drugie już dawno zdecydował, że Polska nie jest suwerennym krajem tylko imperialną prowincją. Równie dobrze Kajfasz z Annaszem i Barabaszem do spółki mogliby wzywać Piłata do zaszantażowania cesarza. Skuteczność ta sama.
No, ale coś wyborcom prezes PiS powiedzieć musiał żeby na aplauz zasłużyć. Politycy mają to do siebie, że mówienie mają opanowane do perfekcji i Jarosław Kaczyński nie jest tutaj wyjątkiem. Poza wezwaniem do szantażu tłumaczył zebranym, że „propozycję konstruktywnego wotum nieufności adresujemy nie do konkretnej partii, ale do każdego posła oddzielnie”. Kolejna bzdura na kółkach i gadanie dla gadania. W Polsce partie składają się z szefów i lizusów, którzy dla dobrego miejsca na liście wyborczej zrobią wszystko, co szef każe. I nic ponadto. Czy pan prezes wyobraża sobie, żeby poseł Adam Hofman wyłamał się z szeregu? Po numerze wywiniętym przez PjoNki i Ziobrystów nikt już nie zaryzykuje widząc, że próg wyborczy to granica nie do przeskoczenia. Ciepły, parlamentarny stołek milszy jest politykom niż przyzwoitość i uczciwość. Przynależność partyjna niczego w tej kwestii nie zmienia, PeOwcy nauczeni doświadczeniem kolegów z wrażego obozu wychylać się nie będą.
W ogóle prezes Kaczyński zabrał się do obalania rządu od, za przeproszeniem, dupy strony. Najpierw trzeba było przeprowadzić rozmowy z politykami i stworzyć jednolity front. Zadanie trudne, ale nie niewykonalne, Donald Tusk to nieudacznik a posłowie z jego własnego ugrupowania ślepi nie są i też to widzą. Można było też skaptować czterdziestu konserwatystów, którzy przeżywają ciężkie dni po głosowaniu nad ustawą antyaborcyjną autorstwa Solidarnej Polski. I dopiero potem pokusić się o złożenie wniosku o wotum nieufności. A na końcu samemu albo przez własnoręcznie namaszczonego premiera szantażować Brukselę. Problem w tym, że taka taktyka mogłaby się okazać skuteczną a Jarosław Kaczyński jak ognia boi się władzy. Wieczna opozycja to pewność, że przy obecnej ordynacji wyborczej poselski mandat będzie dzierżył dożywotnio. A czego mu więcej do szczęścia potrzeba?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)