Równo 56 lat temu wojska radzieckie wkroczyły na Węgry by poskromić zbuntowany przeciwko komunistycznej władzy naród. Operacja „Wicher”, bo takim kryptonimem opatrzono „bratnią interwencję” miał utopić antysowieckie powstanie we krwi – towarzysze radzieccy nie mogli przecież pozwolić na wyłom i utratę jednego ze swoich dominiów. A wszystko zaczęło się od tego, że nowo wybrany premier Imre Nagy ogłosił w dniu Wszystkich Świętych opuszczenie przez Węgierską Republikę Ludową Układu Warszawskiego, zwanego eufemistycznie sojuszem a będącym w rzeczywistości układem poddańczym, cementującym okupacyjne imperium sowieckie. Nasi Bratankowie zbuntowali się przeciwko temu układowi, przeciwko poddaństwu i zależności, płacąc za to ogromną cenę.
Wtedy, przed ponad półwieczem, Węgrzy byli pierwszym narodem po naszej stronie żelaznej kurtyny, który powiedział „dość!” i wypowiedział posłuszeństwo. Konsekwencje tego kroku były straszne: stracono ponad dwieście osób, w tym premiera Imre Nagy'ego, ponad dwadzieścia tysięcy ludzi zostało aresztowanych lub internowanych, ok. dwieście tysięcy osób uciekło z kraju a w samych walkach życie straciło ponad dwa i pół tysiąca powstańców. Pięć radzieckich dywizji pod dowództwem marszałka Gieorgija Żukowa wywiązało się ze swojego zadania na medal po raz kolejny pokazując, że Rosjanie nigdy nie oddają tego co raz zabrali. Czy w tamtych tragicznych chwilach ktoś mógł się spodziewać, że po latach Węgry znowu staną w awangardzie buntu przeciwko panoszącemu się na wzór sowiecki imperium? Że historia się powtórzy, choć już nie w tak krwawej formie, a węgierski premier ponownie będzie musiał stawić czoła panoszącym się aparatczykom reprezentującym obcą władzę?
Październikowo – listopadowa rewolucja 56-go roku przyniosła nadzieję na zmiany. Pomimo, że przegrana i okupiona cierpieniem setek tysięcy Węgrów pokazała, że okupant musi być zawsze czujny, że chwila nieuwagi wystarczy by zdeptany i „trzymany za mordę” naród powstał. Dziś premier Wiktor Orban pokazuje, że jego kraj nie pozwoli sobie narzucić obcej dominacji. Czy skończy się tak jak wtedy? Mało prawdopodobne. Unia Europejska militarnie nie znaczy nic, nie ma na szczęście własnej armii, która mogłaby narzucić jej prawa prowincjom zwanym „państwami członkowskimi”, choć nie wątpię, że w jej władzach znalazłoby się paru krewkich polityków marzących o takiej możliwości. Unia może jedynie stłamsić Węgry ekonomicznie, czego skutki bez zewnętrznej pomocy mogą być znacznie poważniejsze niż te sprzed pięćdziesięciu sześciu laty. Czy do tego dojdzie? Nie wiem, jednakowoż (nie chcę być prorokiem w złej godzinie) nie było jeszcze na świecie takiego imperium, które tolerowałoby buntowszczyków...


Komentarze
Pokaż komentarze