Wygrał Obama. Europejska lewica świętuje, prawica przywdziała żałobny kir a ja popijam sobie kawkę i zastanawiam – czym tu się przejmować? Przecież ten wynik dla nas, Polaków, nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia! Dla nas ważne jest tylko jedno – polityka zagraniczna, a zwłaszcza polityka europejska, która pozostaje stabilna i w miarę niezależna od tego, która akurat partia wygrywa wybory. O co zatem ten cały raban? Ano głównie o to, że my lubimy kibicować i emocjonować się pierdołami, które nas nie dotyczą. Czy zwycięstwo Romnya miałoby jakikolwiek wpływ na politykę Tuska? Na stosunek Rosji do naszego kraju? Na idiotyzmy wymyślane przez Unię Europejską? Żadnego. Dlatego piję sobie drugą kawkę poranną i śmieję się w kułak z rozemocjonowanych wypowiedzi kolejnych radiowych „amerykanistów” tłumaczących, dlaczego Amerykanie wybrali tak a nie inaczej i co to oznacza dla nas. Otóż panowie eksperci – nie oznacza absolutnie nic! Uspokójcie się, bo wam pikawa stanie.
Moją jedyną reakcją po informacji, że jednak Barrack Obama posiedzi sobie w prezydenckim fotelu drugą kadencję było zdziwienie. Zdziwienie czysto sportowe, dokładnie takie samo jak to, które ogarnia mnie na widok wybitnego zawodnika przegrywającego z łachmytą. Myślałem po prostu, że naród wyrosły na wolnościowych tradycjach pogoni socjalistę. Nie pogonił. No i trudno, problem narodu. Tak samo zdziwiłem się po ubiegłorocznych wyborach w naszym kraju, po których okazało się, że Donald Tusk zachował fotel premiera. Jednakowoż wtedy zdziwieniu towarzyszyła wściekłość, bo przecież sprawa dotyczyła mnie bezpośrednio – to moi rodacy uwierzyli facetowi, który prawdę powie tylko wówczas, kiedy się pomyli. Dziś powodów do wściekłości nie mam, nie jestem Amerykaninem, żyję sobie w kraju nad Wisłą i mam głęboko w nosie wynik wyborów za Wielką Wodą. Wybrali sobie faceta podnoszącego podatki i rozdającego ich forsę to zapewne mają tej forsy za dużo.
Ale muszę się przyznać do jednego nieprzyjemnego uczucia – żalu. Żalu niezwiązanego z wielką polityką, pieniędzmi, międzynarodowymi stosunkami i wszystkim tym, z czym przeciętnemu człowiekowi kojarzy się postać zamieszkująca Biały Dom. Zwyczajnie żal mi ludzi, którzy wybrali człowieka jawnie gadającego o prawie do zabijania. To przecież nikt inny tylko prezydent Obama publicznie powiedział, że chce dla swoich córek prawa do zabicia ich poczętych dzieci, prawa do zabicia jego wnuków. To jest przykre, to sprawia, że ta moja kawa ma jakiś gorzki posmak mimo trzech łyżeczek cukru. Wojny Amerykanie prowadzili zawsze, Europę rozgrywali wedle własnego widzimisię zawsze, grozili palcem, patrzyli łaskawym okiem, pomagali, przeszkadzali – jednym słowem robili co chcieli bez względu na to kto siedział w owalnym gabinecie. Jednak dotąd żaden amerykański prezydent nie wygłosił publicznie oświadczenia o prawie matki do zabicia własnego dziecka, bo to poczęło się nie w porę i mogłoby jej złamać życiowe plany. W tych wyborach nie przegrali republikanie, nie przegrał Mit Romney – przegrało życie a śmierć kosą dzwoni na wiwat.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)