Trochę przycichło zamieszanie wokół Agrobombera, zakablowanego przez ślubną małżonkę i rozpracowanego dzięki koronkowej (jak nieco przechodzone stringi z Koniakowa) robocie agentów specjalnych ABW. Przycichło, bo przedstawienie klapę zrobiło, z sensacji na miarę Toma Clancy'ego pełnej zwrotów akcji, wybuchów, pościgów, spotkań w ciemnych zaułkach, wymiętych prochowców i ogników papierosów tlących się w mglistą noc wykluł się tandetny sitcom bez polotu i chichotów w tle informujących widza kiedy ma się śmiać. Co prawda polska kinematografia z komedii słynie, jednakowoż umieszczenie akcji znakomitego „Poszukiwany, poszukiwana” Barei w Kargulowo – Pawlakowych Krużewnikach i doprawienie tego wszystkiego sosem z „Vabanku” to lekka przesada, która czkawką odbiłaby się nawet dzielnemu porucznikowi Borewiczowi. Premierowi też się odbiła, rechot zamiast podziwu i oklasków to nie było to, na co liczył.
Oczywiście usłużni dziennikarscy funkcjonariusze natychmiast z troską pochylili się nad zagrożeniem wieszcząc niemalże apokalipsę. Cztery tony TNT zapowiedziane podczas konferencji prasowej zorganizowanej w siedzibie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zapakowane w samochód – pułapkę rozpaliło wyobraźnię i już ekranowe gwiazdy poczuły się niemalże jak korespondenci wojenni na ulicach Bagdadu. Bez narażania się na ostrzał mogą gadać bzdury o niebezpieczeństwie, o skrajnej prawicy podnoszącej faszystowską mordę i o beczce trotylu zdrapanego z dwóch Tupolewów i Drimlajnera, która miała posłużyć do wysłania na tamten świat „konstytucyjnych organów”. A'propos organów – czy zwracanie się do prezydenta Komorowskiego per „organ” nie uwłacza jego godności i nie jest przypadkiem zaproszeniem dla dzielnych agentów walczących z rodzimym terroryzmem do złożenia o szóstej rano kurtuazyjnej wizyty? Mało zresztą ważne, herbata u mnie jest zawsze, a i coś mocniejszego się znajdzie na rozgrzewkę – chłodne, jesienne poranki bywają nieprzyjemne – mogą wpadać ile chcąc.
W każdym razie w udaremniony zamach nie uwierzył nikt posiadający resztki zdrowych zmysłów, nawet filmy z wybuchami jakie miał nakręcić nasz rodzimy Breivik wrażenia nie zrobiły. Były co prawda nieco przeterminowane, jedenastoletnie, ale za to eksplozje na nich pierwyj sort, niemal jak w radzieckim filmie wojennym, brakowało tylko krasnoarmiejców i donośnego „uuurrrraaaaaaa!”. Szkoda, bo kino wojenne ostatnio u nas kuleje, warto by wrócić do dawnych tradycji. Ale cóż, parafrazując klasyka: jaki reżyser, takie widowisko. Morał zresztą też aż się prosi z klasyka zaczerpnąć: „Któż by się tam i łakomił na waszmości nędzne życie!”. Zwłaszcza w chwili gdy wieść huknęła o odnalezieniu pod Białymstokiem Katarzyny W...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)