Dziennikarze „Newsweeka” wytropili aferę – odkryli mianowicie, że premier w ciągu ostatniego roku pięćdziesięciokrotnie korzystał z rządowego samolotu by wyskoczyć na weekend do Gdańska. Ponoć zdarzały mu się i takie wyskoki, których koszt dorównywał cenie nowego mercedesa „C” klasy, a jeden z jego współpracowników miał nawet powiedzieć: „Premier uważa, że rządowy samolot po prostu mu się należy. Dlatego nie ma problemu z tym, żeby kręcić się w tę i z powrotem.”. Nic dodać, nic ująć, premierowi się należy i kropka. Jakiego żeś sobie narodzie szefa rządu wybrał takiego masz, nie narzekaj tylko płacz i płać. I ciesz się, że do dyspozycji ma tylko embraer'a a nie, na ten przykład, dreamlinera. Aż łza się w oku kręci na myśl o Air Force One...
Swoją drogą wykorzystywanie rządowych środków transportu w charakterze prywatnych taksówek to nie jest nic nowego w kraju nad Wisłą. Wysocy rangą funkcjonariusze noszący na koszulkach barwy wszystkich partii politycznych korzystali ile mogli z gratisowych lotów, traktując to jak należny sobie przywilej wynikający z władzy. Większości się upiekło, ludzie poklęli pod nosami, ponarzekali przy piwie albo kielichu, ewentualnie zadrżała im ręka nad urną i to wszystko. Jeden był tylko pechowiec, który do rąk własnych otrzymał rachunek. Marek Siwiec, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego za prezydentury mgr Kwaśniewskiego w 1997 roku wybrał się do Kalisza na partyjny zjazd i dał się nakryć reporterom „Super Expresu”. Musiał odchudzić portfel o kwotę 7. 605 złotych, co stanowiło równowartość półtorej jego pensji. Coś co powinno być normą w państwie prawnym było, niestety, wyjątkiem. Donald Tusk też zapewne nie będzie musiał płacić za swoje weekendowe wojaże, jest jednak nadzieja w ministrze finansów, który surowym okiem patrzy na podatników sięgając im głęboko do kieszeni pod byle pretekstem.
Otóż niedawno Jan Vincent Rostowski ogłosił, że korzystanie ze służbowych pojazdów w celach prywatnych ma być traktowane jak korzyść materialna i w związku z tym powinno podlegać opodatkowaniu. Istnieje zatem szansa, że choć ułamek sumy wylatanej przez premiera wróci do budżetu. Szansa nikła bardzo, bo znając naszych włodarzy w sejmie już leży projekt ustawy, która tak przedefiniuje słowo „pojazd”, że w tej kategorii nie będzie się mieścił rządowy samolot. Ale cóż, bogatemu wolno. Zamiast się wściekać powinniśmy być dumni. Taka na przykład Angela Merkel przy Donaldzie Tusku wygląda jak uboga krewna, która na wczasy poleciała co prawda samolotem będącym w dyspozycji rządu federalnego, ale już jej małżonek musiał skorzystać ze zwykłego, rejsowego. Wstyd, pani kanclerz, wstyd! I pani chce dyktować warunki podczas debaty nad unijnym budżetem? Najpierw radzę zadbać o własny...


Komentarze
Pokaż komentarze (24)