No i stało się. Władzuchna nasza kochana rękami Grzegorza Hajdarowicza dorżnęła najpoczytniejszy na prasowym rynku tygodnik opinii. W dodatku, co mnie dotyka osobiście, pomyliłem się i muszę przyznać się do błędu, czego nie lubię. Otóż gdy wspomniany Hajdarowicz przejmował udziały Presspubliki twierdziłem i gotów byłem się zakładać, że jako biznesmen nauczony doświadczeniem zdobytym na „Przekroju” i miesięczniku „Sukces” nie ruszy jedynej w swoim kurniku nioski. Ruszył. Zwalniając ze stanowiska redaktora naczelnego Pawła Lisickiego pozbył się – z pełną premedytacją – całego zespołu redakcyjnego, który był jednocześnie twórcą i gwarantem sukcesu „Uważam rze”. W dodatku zrobił to w chwili, kiedy na rynku ukazał się nowy tytuł, dwutygodnik „W Sieci”, adresowany do tej samej grupy odbiorców co periodyk Hajdarowicza. Wielki magnat prasowy, za jakiego chciał uchodzić, strzelił sobie – teoretycznie – w stopę. Również teoretycznie został bankrutem (na rynku prasowym oczywiście, pozostałe spółki które kontroluje – np. Gremi Film Production – działają świetnie). Jednak teoria i praktyka to dwie różne sprawy. W praktyce Grzegorz Hajdarowicz wykonał zlecenie, za które honorarium na pewno trafiło do jego kieszeni. W tej czy innej formie.
Na przykład poprzez sfinansowanie zakupu 49 procentowego pakietu udziałów Presspubliki, za które Hajdarowicz nie zapłacił ani grosza. Kwotę 64 milionów złotych wyłożyło przedsiębiorstwo PW Rzeczpospolita będące właścicielem tychże udziałów. Grzegorz Hajdarowicz ma więc pokaźny dług wobec spółki będącej własnością skarbu państwa. Jako zabezpieczenie na poczet tej kwoty ustanowiono owe 49 procent udziałów w spółce Presspublika. Krótko mówiąc, PW Rzeczpospolita nie ma pieniędzy, nadal ma – w formie zastawu – swój pakiet udziałów, ale to Hajdarowicz jest oficjalnym właścicielem i pociąga za sznurki. Jakby tego było mało PW Rzeczpospolita jest w trakcie procesu prywatyzacyjnego a do negocjacji dopuszczono NFI Jupiter, który jest kontrolowany przez Grzegorza Hajdarowicza. Krótko mówiąc i jednym słowem – jeżeli negocjacje zakończą się sukcesem to nasz rodzimy magnat prasowy przejmie swój własny dług. Interes życia, można powiedzieć.
Mnie jednak zastanawia inna rzecz. Jakiego haka na Grzegorza Hajdarowicza ma wierchuszka rządząca naszym pięknym krajem, że zdecydował się on działać wprost i bez zażenowania przeciwko wolności prasy i słowa? Co takiego się stało, że dał sobie zapiąć na szyi obrożę i chodzi przy nodze jak dobrze wyszkolony pies? Przypomnę, że za swoją działalność w czasach komunizmu pan Hajdarowicz został odznaczony Medalem Niezłomnym w Słowie – nadawanym osobom, które ryzykując represje działały na rzecz wolności słowa w rządzonej przez komunistów Polsce. O co chodzi? Odpowiedzi mogą być dwie: albo służby dysponują informacjami, których ujawnienie skompromitowałoby go w oczach ludzi; albo też od samego początku działał po tej stronie barykady co dziś tylko dobrze się maskował uchodząc za prześladowanego etosowca. Jest też trzecia możliwość – w którymś momencie swojej drogi życiowej Grzegorz Hajdarowicz uznał, że uczciwość i przyzwoitość to przesądy, które nie przystoją człowiekowi sukcesu na miarę XXI wieku, zakorzenionemu w Unii Europejskiej światowcowi bywałemu na salonach i ściskającemu ręce najważniejszym politykom w kraju.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)