Lech Wałęsa znowu nie chce, ale musi. Tym razem musi sam przygotowywać sobie kanapki i herbatę, choć wcale nie chce a nawet nie potrafi. Taki zaskakujący wniosek wyłonił się z jego własnych słów, które wypowiedział w wywiadzie udzielonym Michałowi Majewskiemu i Pawłowi Reszce: „Książka mojej żony nie powinna była powstać. Jestem za prawdą i równouprawnieniem, ale nie nagle, nie po pięćdziesięciu latach małżeństwa! Odzwyczaiłem się robić herbatę, kroić chleb. A teraz nie mam wyboru...”. Żal ścisnął mi serce i duszę. Ikona walki z komuną, człowiek, który jednym skokiem przez płot rozbił w posadach sowieckie imperium chodzi głodny, bo jego żonie zachciało się zostać pisarką. Świat stanął na głowie i nogami majta...
Jednak co najbardziej uderzyło mnie w słowach byłego prezydenta to drobny niuansik, który chyba jednak nie miał ujrzeć światła dziennego: „(...) Jestem za prawdą (…), ale nie nagle, nie po pięćdziesięciu latach...”. To chyba tłumaczy wszystko – i te kanapki, od których się odzwyczaił, i te procesy wytaczane ludziom, którzy mówią wprost i bez ogródek o jego przeszłości, i tę całą bufonadę i nadęcie jakie wokół siebie tworzy. Prawda po pięćdziesięciu latach nie ma znaczenia, zwłaszcza jeśli się włożyło tyle wysiłku w jej ukrycie. Szkoda, bo prawda wyzwoliła już niejednego człowieka, podobnie jak własnoręcznie zaparzona herbata. Szczególnie, jeśli podał ją (herbatę) własnej żonie...


Komentarze
Pokaż komentarze (6)