Na Stadionie Narodowym ma powstać skocznia narciarska. Dawno się już o tym gadało, potem informacja była dementowana, teraz powraca jak bumerang. Już trzynastego października miałyby się tam odbyć zawody inaugurujące przyszły sezon Pucharu Świata w Skokach Narciarskich. Pomysł ciekawy, nieco fantastyczny, który może by mi się nawet spodobał, gdyby nie jedno ale...
„Mocno popieram zorganizowanie tych zawodów w Warszawie. Gdyby doszło do tych zawodów, to będę się starał o to, by skocznia była gotowa przynajmniej na tydzień wcześniej. Wtedy mielibyśmy pierwszy śnieg w Warszawie i nasza kadra nie musiałaby jeździć po świecie w poszukiwaniu warunków do skakania” - powiedział prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner. W tych właśnie słowach znalazłem truchło pogrzebanego psa, które zaśmierdziało mi pod nosem. Gdyby pan prezes raczył wyznaczyć termin roczny to bym się zbytnio nie martwił wierząc, że być może uda się wszystko przygotować na dzień przed zawodami. Ale tydzień? Toż to hurraoptymizm ocierający się o wiarę w cudotwórcze zdolności Donalda Tuska! Panie prezesie, bądźmy realistami!
Nie zdarzyła się jeszcze w naszym kraju taka inwestycja, która zostałaby oddana do użytku w przewidzianym terminie i dodatkowo nie wymagała poprawek, a warszawski Stadion Narodowy może być spokojnie uznany za wzorzec pecha i brakoróbstwa. Jeżeli pan prezes naprawdę myśli o zorganizowaniu takich zawodów to bardzo bym prosił o przesunięcie ich w czasie, najlepiej o jakieś pięć lat. Jest szansa, że do tego czasu ster rządów w naszym kraju przejmie ekipa mniej nieudolna od obecnej i w ciągu dwóch lat da się imprezę zorganizować. Chyba, że pan Apoloniusz Tajner planuje w najbliższym czasie zmienić stołek i zostać szefem Polskiego Związku Pływackiego – turniej w skokach do wody wydaje się mieć znacznie większe szanse na realizację...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)