„...Nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka na poronienie. W czystości i niewinności zachowam życie swoje i sztukę swoją...”
To słowa wyjęte z Przysięgi Hipokratesa, którą jeszcze w pierwszej połowie XX wieku składał każdy, kto chciał wykonywać zawód lekarza. Niestety po dojściu do władzy Hitlera wielu lekarzy, prawie wyłącznie niemieckich, uznało, że słowa zapisane przez uczniów „ojca medycyny” ich nie dotyczą. Niesłychane zbrodnie jakich dokonali skłoniły Światową Organizację Lekarzy do przyjęcia podczas zjazdu w Genewie w 1948 roku nowego tekstu przysięgi, mającego w zamierzeniu być uwspółcześnioną wersją tej składanej przez medyków od starożytności. Znikły z niej słowa o truciźnie i środku poronnym dodano zaś wątek mający zapobiec ideologicznemu wykorzystaniu wiedzy medycznej przeciwko ludziom:
„...Nie dopuszczę do tego, by względy religijne, narodowe, rasowe, polityki partyjnej lub pozycji społecznej mogły wpływać na moje obowiązki wobec mego chorego; Zachowam najwyższy szacunek dla życia ludzkiego od jego początku; Nawet pod wpływem groźby, nie użyję mojej wiedzy lekarskiej przeciwko prawom ludzkości.
Przyrzekam to uroczyście, z własnej woli, na mój honor!”
To tekst najnowszy, zatwierdzony w 2005 roku. Na pierwszy rzut oka nie ma w nim niczego złego, „najwyższy szacunek dla życia ludzkiego od jego początku” brzmi dobrze nawet dla takiego fanatyka pro life jak ja. Niestety, zaczęto manipulować pojęciem początku życia i teraz ten fragment przysięgi znaczy tyle, co nic. Łatwo sobie przecież wyobrazić, że lekarz będący gorliwym chrześcijaninem inaczej go zinterpretuje niż lekarka – feministka, że absolwent medycyny na katolickim uniwersytecie poróżni się w tej kwestii z lewicującym studentem świeckiej uczelni. Jednym słowem zapis mający chronić przed wpływem względów religijnych, społecznych czy partyjnych na wykonywanie zawodu lekarza jest całkowicie martwy i pozbawiony sensu. Dodatkowy kłopot wprowadza zapis o prawach ludzkości, prawach, które przecież nie są absolutne i mogą być w każdej chwili zmienione przez jakieś szacowne gremium, które zostanie uznane – bądź też samo się uzna – za władne i kompetentne w tej kwestii.
Jeszcze inaczej jest w Polsce, gdzie lekarze składają Przyrzeczenie Lekarskie będące częścią „Kodeksu Etyki Lekarskiej”. Nie ma w nim słowa o ochronie życia od jego początku a tylko luźna wzmianka o „służeniu życiu i dobru ludzkiemu”. Etyka lekarska stała się relatywna, zależna od prywatnych poglądów ludzi wykonujących ten szacowny zawód, od polityków wprowadzających własne prawa i od zewnętrznych wpływów, na które podatny jest przecież każdy z nas, od bezrobotnego brukarza po profesora medycyny. Nie żyjemy wszak w próżni, ocieramy się o cudze poglądy i jakże często przyjmujemy je, w całości bądź w części, za własne. Czy nie należało by zatem powrócić do korzeni, do starej i sprawdzonej Przysięgi Hipokratesa? Do konkretu, który przez tysiące lat chronił lekarzy przed błędami wynikłymi z własnych, nie zawsze słusznych, przekonań? Trzeba by to zrobić jak najprędzej, bo dzisiejsza sytuacja to zwycięstwo doktora Josepha Mengele i jego pobratymców. Zwycięstwo nie nad ludźmi, nie nad poszczególnymi lekarzami, ale nad zawodem, który winien cieszyć się powszechnym szacunkiem i zaufaniem.


Komentarze
Pokaż komentarze