Internet aż huczy z oburzenia – Sejm RP odrzucił wszystkie projekty ustaw legalizujących związki partnerskie. Posłowie są oskarżani o homofobię, wysługiwanie się Kościołowi, zaściankowość, nietolerancję, etc., etc. Nic to, że kolejarze strajkowali, nic to, że nieudacznik Arłukowicz został na swoim stanowisku, nic to, że bezrobocie rośnie w zastraszającym tempie. Ważne, że w Polsce dwójka homoseksualistów nie może stanąć przed urzędnikiem stanu cywilnego i zalegalizować swojego związku. Tak jakby dziś pary jednopłciowe żyły ze sobą nielegalnie...
Wielokrotnie zastanawiałem się o co ten cały cyrk i w końcu doszedłem do wniosku, że jak nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o pieniądze. W tym wypadku też. Konkretniej – o ulgi podatkowe wynikłe ze wspólnego rozliczania się z fiskusem. To przywilej, który dziś przysługuje wyłącznie małżeństwom i ten właśnie przywilej miał objąć również tzw. związki partnerskie. Krótko mówiąc nie chodzi o miłość, której w żadnym wypadku nie da się normować prawnie, legalizować czy zakazywać. Chory system podatkowy sprawia, że ludzie swoją miłość przeliczają na pieniądze twierdząc, że są dyskryminowani bo muszą fiskusowi oddawać więcej pieniędzy niż państwo Kowalscy i Malinowscy. Ja twierdzę odwrotnie – są dyskryminowani dlatego, że wspomniani państwo mogą oddawać mniej.
Lekarstwem na tę sytuację nie jest stworzenie dodatkowego bytu, czegoś pośredniego między małżeństwem a przysłowiową kocią łapą ale całkowita reforma systemu podatkowego. Niskie podatki bez żadnych ulg, najlepiej całkowita likwidacja podatku dochodowego, który jest karą za ciężką pracę, pomysłowość czy przedsiębiorczość. Wtedy homoseksualiści nie mieliby żadnych powodów by żądać zrównania w prawach z tradycyjnymi małżeństwami. Ktoś za chwilę się oburzy, że wszystko sprowadzam tylko do jednego, finansowego wymiaru a chodzi przecież jeszcze o takie sprawy jak możliwość odwiedzin w szpitalu czy dziedziczenie (to też pieniądze, ale jednak w innym aspekcie). Owszem, sprowadzam, bo te pozostałe wymiary można załatwić jedną wizytą u notariusza, która zajmie dokładnie tyle samo czasu (a nawet mniej) co rejestracja związku w Urzędzie Stanu Cywilnego. Czy dla dwóch osób darzących się naprawdę wielką miłością ten jeden papierek z USC czyni jakąś różnicę? Czy bez niego ich uczucie jest upośledzone?
A na koniec dodam tylko, że posłowie, którzy uważają się za katolików głosować inaczej nie mogli. Boga nie można zostawić za drzwiami sali plenarnej i powiedzieć Mu: przepraszam, teraz jestem posłem i Twoja nauka przestaje mnie obowiązywać. Każdy z nas wyznaje jakieś zasady, których trzyma się zarówno w życiu prywatnym jak i zawodowym, każdy ma jakieś priorytety. Dla chrześcijanina najważniejsze z nich zapisane są w Piśmie Świętym. Tłumaczenie, że przecież sam może się do nich stosować ale nie może zmuszać do tego innych może wyjść tylko z ust kogoś, kto o chrześcijaństwie nie ma bladego pojęcia. Każdy poseł, który zagłosowałby za ustawą o związkach partnerskich popełniłby grzech cudzy, polegający na umożliwieniu złamania bożego prawa swojemu bliźniemu. Tego chrześcijaninowi po prostu zrobić nie wolno.


Komentarze
Pokaż komentarze (37)