Chrześcijanin może wyznawać swoją wiarę, ale nie ma prawa żyć wedle jej zasad. Taki wniosek można wyciągnąć ze słów posłanki Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej, która powiedziała „Gazecie Wyborczej”, że „Poseł Godson może czytać Biblię rano i wieczorem, może uważać, że homoseksualizm jest grzechem, ale nie ma prawa decydować o wszystkich”. Muszę panią zmartwić, pani poseł, ale John Godson zadecydował wyłącznie za siebie, zadecydował o tym, że jest chrześcijaninem. Chrześcijaninowi nie wolno poprzeć grzechu, a głosowanie za ustawą o związkach partnerskich tym by właśnie było. Chciałem też zauważyć, że nie tylko chrześcijańscy posłowie głosują zgodnie ze swoim światopoglądem. Powyższe słowa można by przecież sparafrazować w ten sposób: „Poseł Miller może czytać Marksa rano i wieczorem, może uważać, że kapitalizm jest złem, ale nie ma prawa decydować o wszystkich”, albo: „Posłanka Śledzińska-Katarasińska może czytać lewicowe broszury, może uważać homoseksualizm za normę, ale nie ma prawa decydować za wszystkich”. Prawda, że pasuje? No właśnie, bo każdy polityk działa zgodnie z tym, w co wierzy, co jest dla niego ważne, próbuje tak skonstruować prawo by było ono zgodne z jego wizją świata. I ma do tego prawo. Chrześcijanin też.
Słowa Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej to jednak nic w porównaniu z tym, co powiedział Janusz Palikot w programie „Kropka nad i” Moniki Olejnik: „Figura Anny Grodzkiej jest jak figura Chrystusa, który wziął swój krzyż na ramiona, a ludzie obrzucają go teraz kamieniami.” Muszę przyznać, że mnie zatkało i długo nie mogłem dojść do siebie. Dotychczas myślałem, że swój krzyż na ramiona biorą ci, którzy przyjmują boskie wyroki z godnością i nie próbują z nimi walczyć: osoby o homoseksualnych skłonnościach żyjący w czystości czy matki z pokorą przyjmujące dzieci obarczone ciężkimi, wrodzonymi wadami. Gdyby Anna Grodzka, jeszcze jako Krzysztof Bęgowski, wzięła na ramiona swój krzyż nigdy nie pojechała by do Tajlandii okaleczyć swoje ciało i przerobić się na kobietę, tylko z godnością szła przez życie jako mężczyzna - wtedy można by powiedzieć, że naśladuje Chrystusa i patrzeć na nią (niego) z podziwem. I jestem pewien, że nikt nie rzucałby kamieniami, chyba, że jakiś chłystek pokroju Janusza Palikota uważający, że należy poddawać się swoim wszystkim zachciankom i żądzom.
Na przykładzie tych dwóch wypowiedzi widać, jak chrześcijaństwo bardzo przeszkadza budowniczym nowej, świetlanej przyszłości. I nie ma się czemu dziwić, wszak ta przyszłość świetlana jest nie dlatego, że oświetla ją blask Boga, ale dlatego, że jej nazwa pochodzi od Lucyfera, upadłego anioła znanego jako Niosący Światło – największego wroga Chrystusa. Na szczęście są jeszcze ludzie tacy jak John Godson, którzy nie dali się złapać na lep postępu, ale twardo trzymają się zasad zapisanych w Ewangeliach. Oby było ich jak najwięcej.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)