93 obserwujących
482 notki
636k odsłon
1145 odsłon

Nasza barykada

Wykop Skomentuj15

Trzeci syn Longinaczytał sporo tekstów w Salonie, dużo tam okazjonalnych wspomnień.

A to ktoś pisze o rocznicy stanu wojennego, a to rocznica jakichś wyborów. Niech i on spróbuje napisać coś skoro usiadł przy klawiaturze o północy 1. sierpnia 2009 !

Przeczytał właśnie notkę Ellenai, co mu dodało energii.

Ellenai pisze ilu nas w Powstanie było, ile mieliśmy broni i amunicji, ale nie pisze ile mieliśmy barykad. Niech trzeci syn Longina napisze, czego jeszcze nie zapomniał!

Podczas Powstania miałem 3 i pół roku. Czy takie dziecko może coś z tego wieku zapamiętać? Najdalsze sprzed Powstania zapamiętałem to, kiedy mieszkaliśmy w małym domku na Grochowie i mój o cztery lata starszy brat zawołał mnie do ogródka z okrzykiem „leci rama” i pokazał mi samolot - ramę. Teraz wiem, że to był dwukadłubowy niemiecki samolot rozpoznawczy Focke Wulf 189 fotografujący wówczas Warszawę.

imageFot. 1. W lipcu 1944. Cień „ramy” - samolotu Focke-Wulf 189 na kościele św. Aleksandra na fotografowym przez niego Pl. Trzech Krzyży. Może to wtedy ta „rama” poleciała nad Grochów?

Z czasu przed Powstaniem zapamiętałem też spacer mostem Poniatowskiego i siadanie na rozgrzanych słońcem jego kamiennych ławkach. Ktoś wtedy, chyba brat Mamy - Staś, pokazał mi statek na Wiśle wpływający właśnie pod most.Statek wydal mi się niewielki. Wiele lat potem myślałem że okręt jest duży a statek jest mniejszy teoche od mostowej ławki.

Koniec lipca 1944 spędzaliśmy z rodziną na letnisku w Józefowie nad rzeką Świder. Zapamiętałem utrudniające mi chodzenie korzenie drzew przechodzące przez ścieżkę i kąpiel w rzece blisko mostu.

imageFot. 2. Trzeci syn Longina po wojnie. Za nim widać na okolicznych domach ślady bombardowań z września 1939. Tu we wrześniu '39 była ziemia niczyja. Kilometr na południe wzdłuż ulicy Zamienieckiej stali przez trzy tygodnie Niemcy. W nocy bombardowali z samolotów i armat, w dzień przychodzili sprawdzać swoją celność i trafność wyboru celów. Kilometr na północ, wzdłuż alei Waszyngtona bronił się 21. pułk piechoty „Dzieci Warszawy” dowodzony przez pułkownika Sosabowskiego, tego co był później obwiniony przez alianta we wrześniu '44 za klęskę w bitwie pod Arnhem, gdy starano się zdobyć o jeden most za daleko.

Mama, gdy w Józefowie słychać już było armaty nadchodzącego frontu, będąc po traumatycznych przeżyciach conocnego bombardowania małych domków Grochowa, gdzie mieszkała sama z dwuletnim synkiem we wrześniu 1939, w lipcu 1944 wymusiła na Ojcu ewakuację przed frontem do bezpiecznego domu ciotecznaj babci Mieci w śródmieściu Warszawy przy ulicy Złotej 36. Zapamiętałem jazdę pociągiem w lipcu '44 z Józefowa do babci Mieci do Środmieścia a konkretnie, to wjazd do tunelu, który mnie wystraszył i przelatujące za oknem żarówki w nim świecące.

Pozostaliśmy na Złotej, gdzie zastało nas Powstanie. Mama twierdziła, że w grupie młodzieży zbierającej się 1. sierpnia przed domem na Złotej widziała ostatni raz swojego brata Stasia - zginął w sierpniu na Starym Mieście jako plutonowy w kompanii Zośka podczas ataku na Dworzec Gdański. Ojciec Mamy - Teofil zamieszkał z nami na Złotej. Zginął w pierwszych dniach Powstania, kiedy poszedł zdobyć mleko dla mnie.

image

image

image

Fot. 3-5. Brat Mamy - Stanisław Sadkowski (Czarny) stoi w pierwszym szeregu piąty od lewej

 

 image imageimage

Fot. 6. Siostrzeniec mojego Ojca - Jan Soszyński - Zgrupowanie Krybar. Poległ w ataku na Uniwersytet 1 sierpnia. Gen Bór Komorowski odznaczył go Krzyżem Virtuti Militari. Order VM został odzyskany w 2016 roku

image

Fot. 7. Brat Mamy - Stanisław Sadkowski (Czarny). Poległ w ataku na Dworzec Gdański. Dowódca Powstania pośmiertnie odznaczył Stanisława Sadkowskiego Krzyżem Walecznych

 Kiedy, już podczas Powstania, bawiłem się na balkonie mieszkania babci Mieci przy ulicy Złotej 36 strzelając do niemieckiego samolotu z drewnianego karabinu-zabawki, siostra Mamy - Ciocia Krysia - mnie stamtąd zabrała z krzykiem, że teraz Niemcy rzucą w nas bomby. I rzucili. W nas Niemiec nie trafił.  Bomby uderzyły w nasz dom nie w część frontową, w której było mieszkanie babci Mieci, ale zburzyły czteropiętrową oficynę domu po prawej stronie naszego kwadratowego podwórza zagrzebując w gruzach mieszkańców.

Pamiętam do dziś jak wyły „krowy” - stromotorowe pociski rakietowe wielkiego kalibru wystrzeliwane z sześciolufowej wyrzutni. Używane do walk ulicznych były odpalane do góry tak, że pociski mogły spadać niemal pionowo pomiędzy domy. Najpierw słychać było sześć przeraźliwych wyć a kilka sekund później dokładnie tyle samo wybuchów.

Jeszcze zapamiętałem, jak w dużej grupie w słoneczny dzień wyszliśmy na ulicę oglądać lecące na Warszawę spadochrony spadające spod licznej grupy samolotów.

Wykop Skomentuj15
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale