Lodowcowe Pole
Nie czyńcie Prawdy groźną i złowrogą, Ani jej strójcie w hełmy i pancerze, Niech nie przeraża jej postać nikogo
85 obserwujących
588 notek
1465k odsłon
  1192   6

Jak polska klacz przed Królową tańczyła


Był to koniec ponurego okresu PRL-u. Jednak w Polsce były miejsca magiczne i tętniące życiem, dzięki pomysłowości i zaangażowaniu dziesiątków ludzi dobrej woli. Takim miejscem były nasze akademickie Zbrosławice, tam wszystkich łączyło jedno – miłość do koni.

Ci ludzie dokonywali niemożliwego, od podstaw budując nowoczesny duży ośrodek jeździecki, przyciągający miłośników koni, ludzi nauki i rzesze artystów. Bywali tam znakomici muzycy, graficy, poeci. U nas witaliśmy każdego z uśmiechem i z otwartymi ramionami.

Burza mózgów nad najnowszymi metodami pracy z koniem, nauczaniem sztuki jazdy, skoków i woltyżerki musiała w końcu zaowocować czymś niezwykłym na skalę świata.

Kiedy wśród tej barwnej wspólnoty pojawił się doktor Skorupski, behawiorysta, znakomity jeździec, kochający konie ponad wszystko, zaczęto zgłębiać tajemnice końskiej psychiki.

„Skorupa” jak przezywano Krzysztofa uważał, że aby dobrze jeździć, nie wystarczy opanowanie jedynie pomocy, jakie ma do dyspozycji dosiadający konia. Prawdziwa jazda, zdaniem Skorupskiego, powinna być dialogiem z koniem. Ale jak prowadzić taki dialog skoro konie nie mówią? No może z wyjątkiem jednego filmowego gagatka. Fascynacja końską psychologią, spowodowała, że wielu jeźdźców studiowało doświadczenia pracy z koniem zarówno rosyjskich mistrzów, których osobiście poznał Krzysztof Skorupski jak i amerykańskiej szkoły jeździeckiej.

Nie mam pojęcia jak przebiegało pierwsze spotkanie głównych bohaterów mojej notki, ale jestem pewien, że była to miłość od pierwszego spojrzenia.

Bohaterowie

Był to młody jeździec Andrzej i klacz o trudnym, a nawet niemożliwym do wymówienia dla zagranicznych spikerów imieniu. Pewnie nadając to imie nikt nawet nie przypuszczał, że nad jej imieniem będą sobie łamać języki spikerzy na całym dosłownie świecie, bo stanie się chyba najsłynniejszym polskim koniem prezentującym wyższą szkołę ujeżdżenia.

Czcionka była klaczą krwi wielkopolskiej o ciekawym temperamencie, uwielbiająca dobrą muzykę i znakomicie reagująca na dosiad. Dosiad stanowi podstawową pomoc, czyli komunikację jeźdźca z koniem. Dosiad determinuje też prawidłowe stosowanie innych pomocy - łydki i wędzidła.

Andrzej zauważył w Czcionce wyjątkową wrażliwość i zachęcany przez Krzysztofa Skorupskiego rozpoczął z tym koniem mozolną, trwającą lata pracę.

Podglądaliśmy te wysiłki z ogromną ciekawością i kiedy pewnego dnia Andrzej zaprezentował pełny pokaz ujeżdżenia bez ogłowia i wędzidła, byliśmy zachwyceni.

Czcionka była diamentem w stajni sportowej i każdy wachmistrz w pierwszej kolejności doglądał jej boksu, obchodząc kilka razy w ciągu nocy wszystkie stajnie. Ja miałem swoją wachtę przez wiele lat i każdego miesiąca przejmowałem odpowiedzialność za bezpieczeństwo wszystkich koni. Dzięki temu systemowi, wacht, nasz ośrodek zatrudniał minimalną ilość pracowników etatowych, a i życie towarzyskie rozkwitało bez względu na porę roku. Podczas tych wacht, zazwyczaj cały skład takiej wachty miał przywilej jazdy na wszystkich niemal koniach wieczorem i rano. Jedynie Czcionka przynależała do Andrzeja. Chodziło o to, aby nie burzyć tej jedynej więzi łączącej ją ze swoim jeźdźcem.

Królowa, Andrzej i Czcionka

Międzynarodowy debiut Czcionki i Andrzeja Sałackiego nastąpił w Mekce jeździectwa, Aachen. Kiedy polska ekipa zgłosiła chęć pokazu bez uzdy i ogłowia, rozległ się szyderczy śmiech bossów kierujących tą imprezą. Jak wspominali uczestnicy tego wyjazdu Łucja i Wojtek Ginkowie, Niemcy zażądali pokazu za zamkniętymi drzwiami, bo obawiali się kompromitacji, wypuszczając na ujeżdżalnię przed publicznością kogoś, kto twierdził, że potrafi zademonstrować ich zdaniem niemożliwe. Dopiero po obejrzeniu bez publiczności pokazu, po raz pierwszy polski team zaprezentował wszystkie elementy wyższej szkoły ujeżdżenia bez ogłowia i wodzy, przed publicznością a widownia oszalała z zachwytu. Do polskiej ekipy podchodzili Anglicy, Francuzi i Rosjanie i po gratulacjach posypały się zaproszenia.

W ten sposób polski jeździec Andrzej Sałacki i Czcionka trafili na słynny londyński „The Horce of Year Show 1988”, organizowany rok w rok na Wembley w ogromnej hali. Nie obyło się bez kłopotów. Po kilku karkołomnych próbach wymowy uznano, że spiker zrezygnuje z popisów umiejętności polskiego i zapowie „Andreja i Sionkę”.

Jak wspominali Łucja i Wojciech Ginkowie, towarzyszący Andrzejowi, już podczas pokazu owacje publiczności zagłuszały słowa spikera objaśniającego poszczególne elementy demonstrowane przez konia i jeźdźca.

Po pokazie niekończąca się owacja i Czcionka opuszczająca arenę efektownym pasażem. Następnego dnia pokaz transmituje już telewizja BBC, a Polska ekipa otrzymuje żółte opaski uprawniające do odwiedzania miejsc zastrzeżonych wyłącznie dla VIP-ów.

I wtedy pojawiło się zaproszenia na prywatny pokaz do Windsoru, wystosowane przez samą Królową. Uczestnicy tego wyjazdu opowiadali jak natychmiast ruszyła machina organizacyjna. Przyśpieszona nauka etykiety, zapewnienie policyjnej eskorty podczas przejazdu prze Londyn, królewskie flagi ozdabiające polski koniowóz przewożący ekipę, wyprodukowany specjalnie dla Czcionki przez firmę Wojciecha Ginki.

Wielki dzień

Pokaz odbył się na krytej ujeżdżalni zamku Windsor, a sama Królowa obserwowała go z okien swojej loży. Zasady były takie, że kiedy Królowej podobał się pokaz schodziła do jego uczestników, jeśli nie to znikała w korytarzach rezydencji.

Windsorska ujeżdżalnia miała wspaniałe nagłośnienie, a trzeba dodać, że Czcionka mobilizowała się szczególnie, kiedy słuchała dobrej muzyki. Pokaz wyszedł iście koncertowo i po jego zakończeniu, do polskiej ekipy zeszła Królowa.

Królowa Elżbieta II była znakomitym jeźdźcem i znawcą koni. Polacy byli pod wrażeniem fachowych pytań, jakie zadawała Królowa. W pewnym momencie Andrzej zaproponował, że Czcionka jest przygotowana i Królowa, jeśli ma chęć, może też dosiąść klaczy.

Elżbieta z uśmiechem podziękowała, jak na Jej Królewską Mość przystało – Dziękuję, chętnie, ale nie mam bryczesów.

Kiedy Polacy wrócili na Wembley, spotkała ich jeszcze jedna niespodzianka – pierwszy raz w historii tej imprezy, Najlepszym Jeźdźcem Roku Wielkiej Brytanii został zawodnik z innego kraju – Andrzej Sałacki i klacz o imieniu nie do wymówienia.




Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura