wojciech dudkiewicz wojciech dudkiewicz
728
BLOG

Bareja dał ognia

wojciech dudkiewicz wojciech dudkiewicz Społeczeństwo Obserwuj notkę 6

 

Zanim był „Miś”, Stanisław Bareja nakręcił kilka innych filmów posługujących się absurdem obsmiewajacym patologie PRL. Od „Misia” różniły się… optymistycznym zakończeniem.


Równo 40 lat temu ludność masowo gnała do kin. Powód? Nowy film Stanisława Barei, „Nie ma róży bez ognia”, prawie tak samo śmieszny jak "Poszukiwany, poszukiwana", prawdziwy hit sprzed dwóch lat. A byłby znacznie śmieszniejszy, gdyby nie towarzyszka cenzura, zamieszkała przy ul. Mysiej, tam gdzie teraz Polska Agencja Prasowa III RP. Dzięki "Poszukiwanemu..." widzowie z góry wiedzieli, co ich czeka na kolejnym seansie u Barei.

Ale mogli spodziewać się takżegoscie z Mysiej, uczuleni przez szefów kinematografii, tolerujących, ale nie ceniących Bareję. Tak jak „Poszukiwany…” obył się bez istotnych ingerencji cenzury, tak „Nie ma róży…”, byłby zupełnie innym filmem, gdyby nie cenzura.

Z ormowca kombinator

W PRL Warszawa była miastem zamkniętym. Nie można było uzyskać meldunku jeśli nie miało się w niej pracy, a nie dostało się pracy bez stołecznego meldunku. To tylko jeden z absurdów pokazanych w filmie. Małżeństwo Filikiewiczów musi gościć w swym mieszkaniu byłego męża Filikiewiczowej, Dąbczaka, a później także jego (fikcyjnej) żony Lusi, i jej narzeczonego, ale nie tylko ich.
Ojciec Lusi musi spalić swój dom, by córka mogła zamieszkać w stolicy, a on wybudować szklarnię. Filikiewiczowie wpadają w coraz większe kłopoty, a wszystko rozgrywa się w równoległych światach: sformalizowanej biurokracji oraz nieformalnych układów, w których żyją bohaterowie.

Jednak film, gdyby nie cenzorzy, byłby inny, z innym tytułem. Ale, jak wiadomo, nie mógł taki być. Ojciec Lusi nie straciłby majątku w pożarze, lecz przez domiar. Jednak domiaru – skutecznego peerelowskiego oręża w walce z prywatną inicjatywa nie przepuściłby żaden cenzor. Zastąpiono go słowem pożar.
Zmianie uległa rola Dąbczaka. W pierwszej wersji za paskiem trzymał gumową pałkę. Pałka to atrybut „aktywu robotniczego”, który w 1968 r. pacyfikował studentów na Uniwersytecie Warszawskim.

– Pierwsze wcielenie Dąbczaka zdradza przynależność do ORMO i pracę na rzecz resortu z ulicy Rakowieckiej – twierdzi Maciej Replewicz, autor źródłowej pracy o Stanisławie Barei ("Król krzywego zwierciadła"). – Po zmianach w scenariuszu, za sprawą nieprzeciętnego talentu Jerzego Dobrowolskiego, Dąbczak pozostał nadal kombinatorem. Tyle, że na swój bezczelny sposób sympatycznym, realizującym szwindle z wdziękiem i finezją, daleką od pałkarskich odruchów.

Względnie wesoło

„Poszukiwany…”, „Nie ma róży…”, czy „Brunet wieczorową porą”, kończące się względnie optymistycznie, a powstałe w pierwszych latach rządów Gierka, kończą też okres wpisywania się Barei w propagandę PRL i zaczynają czas krytyki wobec jej rzeczywistości. „Miś”, ale także nieco wcześniejszy film „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, powstały w końcu lat 70., gdy kryzys było już widać gołym okiem. Względnie optymistyczne już nie było.

Wszystkie te filmy (począwszy do „Poszukiwanego…”), jak podkreśla dr Konrad Klejsa, autor prac o kinie PRL, m.in. filmach Barei, charakteryzowały się… niedbałym stylem, który ma jednak szczególne znaczenie. – Warsztatowe usterki wynikające także z niskich budżetów, cenzorskich cięć i niewielkich przydziałów taśmy, które ograniczało możliwość realizowania dubli splatają się bowiem w osobliwym sojuszu prowizorki i chaosu z fabularną fikcją, demaskującą przaśną rzeczywistość PRL-u – twierdzi dr Klejsa.

Gdy w połowie 1974 r. odbyła się kolaudacja „Nie ma róży…” - opisana bardziej niz plastycznie w pracy Macieja Replewicza, Stanisław Bareja był już od kilku tygodni magistrem sztuki. Nadrobił to z iście barejowskim fasonem... szesnaście lat po skończeniu studiów reżyserskich w szkole filmowej w Łodzi. Stało się to na podstawie pracy teoretycznej o realizacji filmów z ukrytej kamery - liczyła… siedemnaście stron, czyli ówczesne absolutne minimum w szkole filmowej - i praktycznej w postaci filmu „Mąż swojej żony”, nakręconego jeszcze w 1960 r. Choć każdy z siedmiu filmów, które nakręcił do tego czasu, mógł posłużyć jako praca dyplomowa, wybrał obraz - który trudno dziś ogladać bez ziewania. 

Kto miał rację

Kiedy w czasie kolaudacji padły zarzuty, że dowcipy w filmie mają długie brody, on sam nie spełnia wymagań stawianych komedii socjalistycznej, czy ludowej (jak np. „Sami swoi” Sylwestra Chęcińskiego), a reżyser nie wydobył komizmu z dobrych aktorów, oponował Aleksander Scibor-Rylski, szef zespołu „Pryzmat”, producenta filmu. Wypunktował co prawda niedociągnięcia filmu związane z sekwencjami gagów, ale – jak stwierdził – nie odważy się lekceważyć zjawisk, jakie są związane z filmami Barei i radził zaczekać na reakcję publiczności.

– Zobaczymy, jakie będziemy mieli za rok wyniki ekonomiczne, bo do tej pory zawsze rację miał Bareja – mówił Scibor-Rylski i jak się okazało… miał rację. Recenzje filmu w socjalistycznych gazetach były na ogół druzgocące, ale zgrzytanie zębów krytyki – jak zaznacza po latach Maciej Replewicz – nie zagłuszyło szelestu banknotów pochodzących z kas.

Komedię obejrzało trzy mln widzów. Film zasilił kinematografię olbrzymią sumą 16 mln zł plus wpływy z dewizowych opłat za dystrybucję filmu zagranicą. A było to w czasie, gdy przeciętna płaca wynosiła 3 tys. zł i gdy wiele filmów nie było w stanie pokryć nawet kosztów produkcji. Państwo do nich dopłacało. Stanisław Bareja natomiast zawsze dopłacał do państwa.

wd

x

Władza porykiwała 

Kręciliśmy jeden film, potem drugi. Było to bardzo zabawne, dobrze się przy nich bawiliśmy. Nikt nie mógł przypuszczać, że się zamienią w kultowe. A dziś widać, jak filmy Barei były przenikliwe, jak dobrze oddawały rzeczywistość PRL - mówi Kazimierz Kaczor, jeden z aktorów Stanisława Barei

Wojciech Dudkiewicz: - Po raz pierwszy zetknął się Pan ze Stanisławem Bareją na planie filmu „Nie ma róży bez ognia”. Zagrał Pan w epizodzie, ale wielu znanych aktorów występowało u Barei tylko w epizodach. Jak ważna to była dla Pana rola?

KAZIMIERZ KACZOR: - Epizod u Stasia Barei był dla mnie ważny także dlatego, że to moja pierwsza rola filmowa po przeprowadzce do Warszawy. Byłem ciekaw i samego Barei i tego, co mam do zrobienia na planie. Epizod kręciliśmy w Konstancinie pod Warszawą. Byłem tam po raz pierwszy i zobaczyłem piękne wille, popadające w runę. Kręciliśmy w jednej z takich willi. Zapytałem Bareję, co się z tymi domami dzieje? A on na to: „To jest własność prywatna, nikt się nią nie interesuje. Może pan to za grosze kupić”. Mówiąc pół żartem po latach przekonałem się, że gdybym miał wtedy pieniądze i kupiłbym taką willę, byłbym dziś bogatym człowiekiem. 

- Ale ten epizod nie był przecież pańskim debiutem filmowym?

- Nie, ale środowisko warszawskie było dla mnie jeszcze obce, nie znałem zbyt wielu osób. Znałem np. Zygmunta Huebnera, Jerzego Markuszewskiego. Markuszewski poznał mnie z Bareją i to przez niego trafiłem też do radia, do Ilustrowanego Magazynu Autorskiego, gdzie poznałem masę fenomenalnych aktorów komediowych: Jonasza Koftę, Jerzego Dobrowolskiego, braci Fedorowiczów, Stefana Friedmana, czy Krzysztofa Kowalewskiego. W filmie u Barei spotkałem w zasadzie ten sam skład aktorów. Powiedziałem kilka zdań, ale czułem się wśród swoich. Człowiek z Krakowa mógł czuć się trochę przepłoszony w Warszawie, a ja wchodziłem w środowisko, jak w masło.

- Potem był też epizod w filmie „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, ale potem dwa seriale Barei i istotne role w „Zmiennikach” i „Alternatywy 4”. Stał się Pan aktorem Barei? 

- Tak można powiedzieć, to tylko dla mnie zaszCzyt.

- Grał Pan w wielu filmach, a czy te role u Barei były istotne? 

- W tamtych latach nie były to role szczególnie znaczące, o których wiadomo np., że wejdą na stałe do filmoteki narodowej, staną się kultowe itp. Kręciliśmy jeden film, potem drugi. Było to bardzo zabawne, dobrze się przy nich bawiliśmy. Nikt nie mógł przypuszczać, że się zamienią w kultowe. A dziś widać, jak te filmy były przenikliwe, jak dobrze oddawały rzeczywistość PRL. Dziś tamta rzeczywistość wydaje się współczesnym widzom jakąś abstrakcją. Młodzi ludzie oglądają je, jak my kiedyś Monty Pythona. Wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, wiedzieliśmy, że podszczypujemy władzę, która wydawała z siebie porykiwania. Na kolaudacjach, jak opisywał nam Bareja, liczba poprawek była duża. Musieliśmy je potem nanosić, śmiejąc się przy tym do rozpuku. Często poprawki były dowcipniejsze, bardziej złośliwe, niż ich pierwowzory.

- Oglądając poprawione sceny widzowie musieli bardziej myśleć, bo przekaz był bardziej ukryty?

- Tak, bo jeśli padało słowo Syberia, dokąd wywożono Polaków, dla ówczesnej władzy było to nie do zniesienia. Ale jeśli opisaliśmy krainę, w którym zamarza nawet ocet, to widz, gdy pomyślał, zlokalizował ją tam, gdzie rzeczywiście była.

ROZMAWIAŁ WD

Veľa šťastia, veľa zdravia, nech sa všetky plány daria

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo