W piątek położyłem się późno spać. Z dwóch powodów. W po pierwsze w sobotę miała być impreza rodzinna na kilkanaście osób i musiałem trochę popracować w kuchni. O nie, drogie panie – do kuchni u mnie wstępu nie ma żadna kobieta, więc rozumiecie ile miałem pracy. Drugim powodem była akcja Intuicji „Kocham czytać obciachowe gazety”. Tak więc, nie mogłem spać, chyba z radości na czekające mnie wydarzenia w sobotę.
Dziwne?
Otóż kiedyś popełniłem tekst o „Dziecięcej Solidarności” (http://aman.salon24.pl/223699,dziecieca-solidarnosc - tam jest klucz).Właśnie dlatego nie mogłem spać, bo pierwszy raz od tamtych czasów poczułem radość z mojego udziału w tym, co zwykliśmy nazywać zaangażowaniem w sprawy naszego kraju. Wirtualny blog, wirtualne teksty, wirtualne postawy i poglądy miały stać się rzeczywistym bytem w sobotę.
Tak, to dobre określenie: RADOŚĆ.
Ktoś powie: no pięknie chłopcze malinowy, obciachowa akcyjka a Ty się podniecasz jak dziecko. My to na styropianie spaliśmy! Przez płot skakaliśmy, patrzyliśmy ZOMO w oczy, głodówki, strajki, stan wojenny, czołgi, a Ty jesteś po prosty śmieszny. Przyjmę te słowa jak puste frazesy, bo minęło 21 lat i „zbowidowe paplanie” jacy to my ( w kilka osób) byliśmy świetni, jak to „cały naród w osobie” Lecha Wałęsy pokonał komunizm (oczywiście z drobną pomocą Matki Boskiej w klapie) na mnie w ogóle nie robi wrażenia. W odróżnieniu od polityków, ja mam dobrą pamięć, która nie jest wybiórcza i wiem, że to był ogólnonarodowy RADOSNY zryw, w którym uczestniczyło 10 milionów obywateli. Pamiętam radość, uśmiechy, błysk w oczach moich rodziców i wszystkich osób, że coś w końcu mogą zrobić, ze wszystko jest możliwe. Tak więc pełen radości obudziłem się wcześnie rano w sobotę, jak fryga popędziłem do kuchni, żeby zdążyć z przygotowaniami do imprezy.
Uff! Zdążyłem.
Jeszcze tylko wpadłem ze Złotowłosą i przyjacielem do kiosku, żeby kupić „świeżutki obciach” i pojechaliśmy na Krakowskie Przedmieście. Dziwne, ale wszyscy jak dzieci czuliśmy RADOŚĆ w sercu, że tu jesteśmy.
Szliśmy w kierunku Placu Zamkowego obok UW, szliśmy obok namiotów reklamujących imprezę biegową. Nasza radość z dzisiejszego dnia w pewnym momencie została wystawiona na próbę. Zbliżaliśmy się do Pałacu Prezydenckiego, gdy oczom naszym ukazał się widok rodem z PRL-u: stalowe zasieki, bariery, policjanci, straż miejska, krótkofalówki, zapory, zakazy. Moje myśli powróciły do lat dziecinnych, kiedy w stanie wojennym widywałem podobne „demokratyczne konstrukcje” wokół ważnych dla reżimu obiektów. No tak, teraz są inne czasy…nie ma czołgów, skotów i suk. Reszta pozostała taka sama. Przyznam się Wam, ze stanąłem jak wryty! Nie można przejść ulicą, tylko lewym chodnikiem. Nie można było swobodnie przejść bo stoi tam krzyż smoleński. Nie było szans…skojarzenie z opisem Męki Pańskiej po prostu samo przychodziło na myśl. Pilnują Grobu Pańskiego pretorianie, żołnierze, aktywiści. Pilnują zamkniętego grobu, żeby ci oszuści chrześcijanie czegoś nie wykradli, by potem zbudować mit, wielkość, Żeby wiara nie rozlazła się jak jakieś robactwo po całym świecie…
Pojawił się smutek, pierwsze chwile zwątpienia: w jakim to ja kraju żyję? Minęliśmy ten „stan wojenny” przy Pałacu Prezydenckim wracając myślami do rzeczywistości. Szliśmy w milczeniu i SMUTEK szedł razem z nami. Gdy pojawiła się kawiarnia Telimena – usiedliśmy chętnie, anioł zwątpienia nadal sączył w nasze serca szkarłatny jad…
Pierwsze spojrzenia wokół i radość – są już cztery osoby obciachowo uśmiechnięte i bezczelnie czytające obciachowe gazety. Nie uwierzycie: RADOŚĆ MIELI W OCZACH. Odpowiedzieliśmy tym samym: radością i ukłonem.
Kelnerka, kawa, ciastko, herbata były tylko chwilową przerwą, jak na reklamy w interesującym filmie. Ta „przerwa na reklamy” była cenna – nagle nie wiadomo skąd pojawili się wokół nas inni. Była dwunasta w południe. Wyrósł obciachowy papierowy mur. Założyłem okulary, żeby nie krępować swoim wzrokiem i łypaniem wokół na ludzi, którzy przechodzili przed nami. A było na co popatrzeć: dwa rzędy stolików opanowanych przez obciach, dwa szeregi obciachowych gazet wypiętych dumnie w kierunku chodnika. Piliśmy kawę z radością. Stałem się dzieckiem, cofnąłem się do czasów kiedy radość wypełniała moje dziecinne serce i serca dorosłych. Taka mała Solidarność na Krakowskim Przedmieściu. Taka jaką ja pamiętam – nie ta z dzisiejszych mediów, gdzie odległość w pluciu liczy się najbardziej.
Przyznam się: wszyscy przy stolikach zawładnęliśmy, zionęliśmy, epatowaliśmy i sprawiało nam to radość. Mijały nas osoby zadziwione, osoby obojętne, zaciekawione i jeden siwy dziadek, który chodził „w te i we wte” kilka razy. Robił się coraz bardziej czerwony na twarzy, w końcu nie wytrzymał przechodząc szybkim krokiem roześmiał się na cały głos i krzyknął: „czytacie do góry nogami!”. Pierwszy rząd podniósł swój zniewalający uśmiech znad gazet i odpowiedział radością. Nie było szans , dziadek uciekł…
Spojrzeliśmy na siebie: ja, Złotowłosa i Meister23 – parsknęliśmy serdecznym śmiechem. Mijały minuty i Krakowskim Przedmieściem co chwilę spacerowały osoby uśmiechnięte, radosne i pozdrawiające się nawzajem.
Zgadnijcie co trzymały w dłoniach?
Tak, kochana córeczko moja – miałem tam, na Krakowskim Przedmieściu MOJĄ RADOSNĄ SOLIDARNOŚĆ, właśnie to co mam w sercu gdy myślę o Tobie, o mojej ukochanej Polsce, o mojej Złotowłosej. Nikt mi tego nie zabierze – oddam to wszystko Tobie, abyś wyrosła na prawego człowieka i obiecuję Ci, że nigdy w tym względzie nie dorosnę.
Mijały nas minuty, ludzie, sprawy. Co chwilę jednak mijała nas radość, która mimo, że nas nie znała pozdrawiała nas ukłonem, uśmiechem, przyjaznym gestem i dumą…Musieliśmy już iść. Lecz nie mogliśmy. W tym momencie, jak na komendę, długo powstrzymywana sympatia wystrzeliła i wszyscy zaczęli się sobie przedstawiać. Cała obciachowa kawiarnia, wstała od stolików i zaczęła się witać. I możecie się śmiać ze mnie za to co napiszę, bo powiem to jak dziecko, a nie jak dorosły mężczyzna: poczułem się jak u siebie w domu, otoczony ludźmi którym o coś w życiu chodzi, którzy mimo, że tak różni – byli z radością w tym dniu razem.
To była nasza „obciachowa” Solidarność i nie miejcie mi za złe, że w tytule użyłem słowa dzieci.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)