Kiedy 29 i 30 czerwca w 1990 roku odbywała się konferencja założycielska „Kongresu Liberałów”, nikt z ojców założycieli nie spodziewał się, że 20 lat później dojdzie do tak dramatycznych wydarzeń. Czterej młodzi i dolni liberałowie: Donald Tusk, Janusz Lewandowski, Jan Krzysztof Bielecki i Jacek Merkel, awangarda na miarę Europy Wschodniej nie wytrzymywali w młodzieńczym zapale, nie akceptowali tego, co zastali w Polsce po 1989 roku. Już wcześniej w Gdańskim Towarzystwie Społeczno-Gospodarczym, na tajnych kompletach, w oparach trawiastego dymu, młode umysły kontestowały ustrój polityczny, którego byli niemymi świadkami po okrągłostołowym spektaklu. Tak, można powiedzieć, że nie było w nich zgody na wszystko, co miało jakikolwiek socjalistyczny zapach czy skojarzenie. Liberalna prawda ich wyzwalała, dawała motywacje do jeszcze większej pracy nad sobą. Ich spotkania suto zakrapiane europejskim liberalizmem, trwały czasem po wiele dni. Byli młodzi i tak pełni zapału, że nie zważali na to jak czuli się na drugi dzień. Ważna była idea!
I nic nie zapowiadało tego, co miało za kilkadziesiąt lat nastąpić.
Jakby na przekór wszystkiemu, co dotąd w Polsce się działo, założyli Kongres Liberalno-Demokratyczny. Krople potu wylewane w panelowych dyskusjach powoli, ale permanentnie drążyły socjalistyczny kamień w sercach Polaków. I stało się to, co musiało nastąpić. W 1991 roku KLD uzyskał 7,49% głosów w wyborach parlamentarnych ( 37 miejsc w Sejmie oraz 5 w Senacie).
A nie było łatwo!
Młodzi gniewni liberałowie zaryzykowali, postawili wszystko na jedna kartę, jak w dobrych amerykańskich filmach szpiegowskich idąc do wyborów pod hasłem: "Ani w prawo, ani w lewo, tylko prosto do Europy". Swój program KLD określał jako "pragmatyczny liberalizm". Głosił potrzebę prywatyzacji i rozszerzenia zakresu działania wolnego rynku. Opowiadał się za integracją Polski ze strukturami zachodnimi, ostrożnie przeprowadzaną dekomunizacją oraz za neutralnością światopoglądową państwa. Jakże to było zdrowe! Późniejsze dzieje tych młodych liberałów obfitowały w różne dramatyczne zwroty, ale nigdy, powtarzam nigdy nie zdradzili liberalizmu. Sprzedawali przedsiębiorstwa za przysłowiowy grosz, prywatyzowali, co się tylko dało, nie zważając na lament biednych małych ludzi. Bo zawsze przyświecała im myśl: LIBERALIZM PONAD WSZYSTKO, którego fundamentem jest całkowita neutralność państwa i innych organizacji gospodarczych i politycznych wobec przebiegu procesów gospodarczych. Wychodzili z założenia, że każdy człowiek kieruje się zasadą korzyści materialnej, czterej przedstawiciele liberalizmu gospodarczego głosili konieczność istnienia pełnej swobody działalności podmiotów gospodarczych, która w warunkach wolnej konkurencji i zapewnienia przez państwo nienaruszalności własności prywatnej, zapewni szybki rozwój gospodarki.
Lecz nie przewidzieli jednego: chorobliwa myśl socjalistyczna niestety jest zaraźliwa. Nie droga kropelkową, nie przez błony śluzowe, ale przez racje i relacje polityczne. Pierwszy chorobliwy kontakt Donalda Tuska miał miejsce 10 kwietnia, w dniu, w którym Polska okryła się żałobą po straszliwej katastrofie.
Ten sławny socjalistyczno-liberalny uścisk na smoleńskim polu.
Wielu naukowców zastanawia się czy właśnie ta cała sytuacja nie była przyczyna osłabienia odporności: tuskocytów. Wielu znawców polityki dotąd pewnych swych teorii musiało zweryfikować swoje dotychczasowe poglądy. Tak więc, nie wiadomo czy brak odporności, czy może była to hipnoza w stanie czuwania, grunt, że stało się to, co niewyobrażalne.
Liberalizm połączył się z socjalizmem.
Naukowcy są skłonni przychylić się do stawianej tezy, że najprawdopodobniej uścisk Putina był praprzyczyną połączenia genotypu liberalizmu i socjalizmu. Pierwszą ofiarą-nosicielem stał się miłościwie na panujący Pan Premier, zarażając tym zmutowanym wirusem resztę swoich współpracowników. Objawy zmutowanego liberalizmu socjalistycznego zataczają coraz szersze kręgi i zbierają coraz większe żniwo. Zaczęło się niewinnie. Reakcja na tegoroczna powódź była pierwszym objawem. Pan Premier zaczął jeździć i współczuć. Ktoś powie, że to normalne. Ja powiem, że symptomatyczne. Pamiętamy przecież przedstawicieli SLD, gdy komentowali zdarzenia losowe. Jeden powiedział: trzeba było się ubezpieczyć, drugi kpił w żywe oczy. A przecież współczucie dla biednych i słabych jest fundamentem myśli socjalistycznej. Liberałowie, którzy wykańczali nierentowne przedsiębiorstwa, sprzedawali za bezcen firmy państwowe i wyrzucanym na bruk mówili: radźcie sobie, to jest zdrowe i sprawiedliwe, teraz sięga do państwowej kasy i rozdaje miliardy biednym!
Żaden nurt w nowoczesnej myśli politycznej, nie liczy na zaradność ludzi jak liberalizm, stawiając radzenie sobie samemu we wszystkich okolicznościach bez ingerencji państwa. Tak więc pierwsze objawy połączenia liberalizmu z socjalizmem w organizmie Donalda Tuska nastąpiły już w kwietniu, niewątpliwie po uścisku Putina. Gdy potem Donald Tusk, własną piersią chronił Zakajewa, dla naukowców był to oczywisty znak:
tracimy liberała Tuska!
Lecz ich diagnozy trafiały w próżnię. Nikt nie chciał wierzyć, bo diagnoza była tak nieprawdopodobna jak życie na Marsie. Wielu młodych epidemiologów straciło stypendia, wielu doktorantów zatkało swe przewody, wielu profesorów przeszło na wcześniejsze naukowe emerytury za opisywanie przypadku Pana Premiera.
A mutacja postępuje.
Donald Tusk z groźna miną rezygnuje z reform, gdyż chce chronić najbiedniejszych, tych którzy sobie nie radzą. Bo nie mogą reformy jego rządu trafiać w najsłabszych. Kiedyś proponował stoczniowcom katar, pałował i sikał gazem nazywając robotników wichrzycielami, gdy pod Pałacem Kultury protestowali, dziś Tusk chroni tych, co sobie nie radzą w naszej liberalnej rzeczywistości. I nie pomaga już wielka tabliczka antybiotyków przepisana przez Balcerowicza, na której widać makabrycznie rosnące zadłużenie. Już nie pomagają najsilniejsze liberalne leki.
Pan Premier podnosi podatki – przecież jako liberał, powinien budzić się z potem na twarzy gdy to mu się przyśni. A tutaj słyszymy zdanie: „to raptem kilka groszy dziennie” i to oczywiście dla naszego wspólnego dobra!
Pan Premier przeprowadza się do Sejmu i osobiście pilnuje procesu legislacyjnego dotyczącego likwidacji z naszego życia dopalaczy. Nie ma dnia, aby Pan Tusk nie pochylał się z czułością nad obywatelami, aby nie krytykował krwiożerczych handlarzy „dozwolonymi pigułami”. Walczy o każdego, walczy z żarliwym sercem o tych, których jeden z największych dystrybutorów dopalaczy powiedział: idioci. A wiec już nawet nie słabi i pokrzywdzeni przez los, ale nawet idioci są w opiece Pana Premiera.
Choroba liberalizmu socjalistycznego Pana Premiera coraz bardziej zjada jego organizm.
Czy to jest apogeum? Czy mamy do czynienia z przesileniem?
Do czego może jeszcze posunąć się Donald Tusk, aby realizować swój plan: liberalizmu z ludzką twarzą? Przy postępującej chorobie możemy się spodziewać socjalistycznej cenzury prewencyjnej, kołchozów, czynów społecznych, defilad i plenów komitetu centralnego…
Powiem więcej, możemy niedługo usłyszeć o sojuszu, który jest podstawą naszego ustroju sprawiedliwości społecznej.
Pocieszające jest to, że naukowcy po cichu już pracują nad szczepionką…


Komentarze
Pokaż komentarze (12)