Czyli jak Komorowski Prezydent uczy savoir vivre’u.
Pokłóciłem się z bratem ciotecznym. Na ostro, jak to się mówi potocznie: „na noże”. Czasem tak bywa w wielkiej rodzinie. Z perspektywy czasu widzę, że może i były różnice między nami nie do pogodzenia, ale temperament mamy wielki. Mogę powiedzieć, że mnie to nie obchodzi, ale cała rodzina na tym cierpi. Bo jak urządzać święta? Dwa razy w roku mieć Boże Narodzenie, dwa razy imieniny?
Postawiliśmy rodzinę w głupiej sytuacji.
Ale to sprawa honoru i z honorem trzeba postępować honorowo – inaczej się nie da. Tym bardziej, że powiedziałem: moja noga w Twoim domu nie postanie, a ręki twojemu wujkowi nie podam, bo obraziłeś mnie śmiertelnie. No cóż, nie mogłem postąpić inaczej. Pytacie się, dlaczego? Bo mój cioteczny brat nie tylko mnie nawyzywał, ale obrażał moją córkę, moich przyjaciół nazywając wszystkich, którzy mnie lubią: kartoflami, bydłem, karłami moralnymi. Po wódzie na balandze potłukł flaszkę i groził, że mnie wypatroszy. No cóż rodziny się nie wybiera. Moja matka to podobno „moherowy beret” a ci, którzy do nas przychodzą na spotkania to faszyści i oszołomy. Posunął się nawet do tego, że powinno się mnie wydziedziczyć, wyrzucić z rodziny.
Tak przyznaję się, że parę razy powiedziałem, że tak się nie postępuje, że mam dosyć już złych ludzi. Wiecie co on na to? Powiedział całej rodzinie, że stwierdziłem, że jego cała rodzina to łajzy i nie są rodzinni.
Sprawa puchła do granic wytrzymałości całej rodziny. Już nie przychodziliśmy do siebie. Na zwyczajnych imieninach nie chciało się siedzieć, bo zawsze powracał temat mojego brata ciotecznego i wynikały spory. Dom i rodzina zaczęły drżeć w posadach.
Mój cioteczny brat wiedział, że mam honor i nie podam mu ręki chyba, że honorowo mnie przeprosi. Za mój honor, (choć czasem wszystkim trudno) cenią mnie najbardziej w rodzinie. Moje słowo coś znaczy.
Wujek brata ciotecznego, który mnie nie cierpi od urodzenia wpadł na makiaweliczny pomysł: ogłoszę w całej rodzinie, że jestem za tym abyśmy się pogodzili z bratem ciotecznym i wezwie mnie do siebie na drugi koniec miasta na 11.30 i żebym się tam stawił. Wujek ma akurat tyle empatii do mnie,co do swych zwierząt, do których uwielbia strzelać z dwururki. Z jego dowcipów naprawdę trudno się śmiać, bo są takie…takie wojskowe. I nagle wujek wpada na taki cudowny pomysł. Przecież pamięta, że obiecałem nie podawać reki, wiedział, że odmówię. Ale powiem szczerze, że już mnie ta cała sytuacja męczy, więc pomyślałem sobie, ze wyślę do niego moje bliskie rodzeństwo (ze strony matki), którym bardzo ufam i szanuję. Bo gdy pomyślę to powiem Wam, ze już mam dosyć szkalowania mnie w całej rodzinie. Mam dosyć obrażania moich najbliższych…ostatnio jeden mój kuzyn umarł nagle na wylew, a drugi leży w szpitalu, bo nagle zasłabł, gdy po raz kolejny rozmawiali na temat tej całej sytuacji.
Powiem Wam, że wujek postąpił jak prawdziwy chłop ze wsi, jak zakapior: nie wpuścił mojego rodzeństwa. Stali na korytarzu i słyszeli spoza drzwi informacje, ze nie ma tutaj dla nich miejsca, nie chce z moimi zaufanymi rozmawiać i żeby sobie poszli. Potem jeszcze tylko podał inne terminy, na które mnie wzywa i kazał mi przyjść…
No cóż, mój wujek zbyt długo przebywa w Budzie Ruskiej i nie zna savoir vivre’u?
Wierzycie w to?


Komentarze
Pokaż komentarze (13)