Ambiwalentna Anomalia Ambiwalentna Anomalia
840
BLOG

IN VITRO CZYLI SZKŁO KONTAKTOWE

Ambiwalentna Anomalia Ambiwalentna Anomalia Polityka Obserwuj notkę 17

Motto::

 

„Każdy człowiek ma określony horyzont. Gdy ten się zwęża i staje się nieskończenie mały, ogranicza się do punktu. Wówczas człowiek powiada: to jest mój punkt widzenia (…)

 

(Dawid Hilbert znany matematyk, profesor Uniwerstetu w Getyndze; XIX-XX w.)

 

Proszę wybaczyć, że ponownie publikuję notkę na temat in vitro, ale dzisiaj ma być głosowanie na ten temat i nie mogę przejść obok tematu obojętnie. Większość ludzi nie ma bladego pojęcia na temat tej metody robienia dzieci ( bo nie jest to w żadnym wypadku metoda leczenia niepłodności) ale z zapartym tchem słucha bzdur wypowiadanych w mediach. Poziom „intelektualnego dowcipu” na temat In vitro panujący w mediach jest podobny jak w „Szkle Kontaktowym” w którym rechot z poważnych tematów jest na porządku dziennym. W „Szkle” komentarze intelektualnych tuzów odwołują się do wbitych w głowę stereotypów wykorzystując rechot jako główny dowód prawdziwości podawanych twierdzeń. W przypadku In vitro, sprawa jest o tyle poważna, że dotyczy podstawowych norm etycznych i nie miejsca na kłamliwe stereotypy tylko na samą prawdę.

 

Podstawowym imperatywem panującym niepodzielnie w umysłach ludzi jest stwierdzenie:

BO CHCĘ! To ono wbijane nam do głowy przez ostatnie 20 lat spowodowało największe spustoszenie w umysłach Polaków. BO CHCĘ jest pierwotnym odruchem każdego człowieka czym przybliża nas do zwierząt niż do humanistycznej wiary w człowieczeństwo. Rujnujemy małżeństwa bo chcemy zaszaleć z kimś innym, rujnujemy rodziny bo chcemy realizować swoje ambicje, rujnujemy swoje sumienie bo chcemy mieć dzieci. O ile niektóre pragnienia „bo chcę” powodują istotny rozwój ( np. chcę latać, chcę być zdrowy, chcę zrobić coś dobrego) o tyle nowoczesna medycyna (technika)  potrafi przekraczać granice moralności dając ludziom słabym ogromne możliwości manipulacji swoim sumieniem. Tak jest w przypadku In vitro. Nie przypadkiem w swym procedurach ma technikę mikromanipulacji – nie tylko dotyczy ona zapłodnienia, ale także naszych sumień.

 

IN VITRO

 

Niestety, nie może moja notka na temat metody In vitro być krótka, bo nie da się tego tematu strywializować do przekazu na poziomie pisma obrazkowego. Bo gdy pominiemy nasze nowoczesne i prymitywne: bo chcę!, zaczynają się bardzo poważne rozważania etyczne. Może na początek na czym polega ta metoda. Wbrew potocznej opinii, nie jest ona leczeniem niepłodności lecz sposobem na posiadanie dzieci, podobnie jak wibrator nie jest partnerem życiowym, lecz urządzeniem służącym generalnie do rozładowania napięcia seksualnego. Jeżeli tego ktoś nie rozumie, powinien darować sobie dalsze czytanie mojej notki. Otóż WHO kłamiąc, zaliczyła niepłodność do choroby jak w motcie zawężając szeroki horyzont moralny do punktu. Pominę fakt, że wbrew pozorom, jest to ewidentna dyskryminacja ludzi, podobna do tej w której uznalibyśmy człowieka rudego za chorego, WHO zwyczajnie skłamała, zaliczając NORMALNĄ CECHĘ ORGANIZMU jaką jest niepłodność do chorób. Powody tego kłamstwa oczywiście są różne i możemy je rozważać z każdej strony, ale nie o tym chciałem. W metodzie In vitro kobieta poddawana jest sztucznej hiperstymulacji hormonalnej, której efektem jest sztuczna wielojajeczkowa owulacja. Pobiera się te komórki od przyszłej matki i następuje proces sztucznego zapłodnienia plemnikiem przy pomocy cienkiej rurki, którą przebija się błonę komórkową jajeczka i wprowadza się tą drogą plemnik. Czynność tę nazywa się mikromanipulacją, gdyż rzeczywiście wymaga bardzo precyzyjnego sprzętu i co ciekawe wprawnej reki i oka technika wykonującego tę czynność. Czy ktoś ma w tym momencie jakiekolwiek rozterki moralne? Nie sądzę (chociaż ja mam wielkie). O ile samo pobieranie komórek rozrodczych (gamet) od mężczyzny i kobiety może być określane jako „dyskomfort” powodujący wstyd lub poczucie uprzedmiotowienia człowieka do roli dawcy, to pierwszy moralny problem pojawia się przy selekcji plemników i jajeczek przez technika, ocenie ich przydatności ( co jest z „naukowym faszyzmem”) oraz „produkcji” przez mikromanipulację wielu ( bardzo często są to dziesiątki) zapłodnionych komórek jajowych. Ale to nie koniec „naukowego faszyzmu”, bo ocena przydatności biologicznej następuje dalej, gdyż oceniany jest proces podziału komórkowego po zapłodnieniu. Kryteria są proste: czas i ilość podziałów. Odrzucane są „złe” zygoty ( połączone komórki rozrodcze), do dalszej selekcji idą te „dobre”, a wszystko odbywa się w sztucznym środowisku pipet, mikroskopów i specyfików podtrzymujących to nowe życie. Właśnie ta „ocena przydatności” życia jest niemoralna. Aby dochować prawdy muszę napisać, że taki proces „selekcji” odbywa się także w naturalny sposób. Nie jest jednak to „argument za In vitro”, gdyż w naturze umieramy w sposób naturalny, a „sztuczne” uśmiercanie słabszych, niedoskonałych, niepotrzebnych, niewygodnych miało swoją nazwę, a nawet miejsce: był to faszyzm i obozy koncentracyjne. A więc? Kontestatorów nazwy „życie” w stosunku do zapłodnionych komórek (zygot) odsyłam do dalszej części mojego tekstu. Gdy już jest po selekcji „najlepszych” następuje ostateczna decyzja właścicieli żyjących komórek: ile chcecie mieć w razie czego dzieci?.Tu właśnie po raz drugi pojawia się owe nowoczesne: BO CHCĘ!Napisałem „właścicieli” bo nie są to rodzice, nie dlatego że nie jest to jeszcze życie, a tym bardziej ich życie – ale jest ono absolutnie poza nimi, lecz nim dysponują. Ewidentnie przyszli rodzice są stawiani w sytuacji obozowego sędziego, który jest właścicielem nowego życia i może nim dysponować. To mocne słowa, ale tak właśnie jest. Tu powstaje zło, które dalej ma bardzo duże konsekwencje. Bo o ile samą decyzję o zastosowaniu In vitro można usprawiedliwiać niewiedzą czy rozpaczą – to ten moment niemoralnej decyzji jest w pełni świadomy. W kobiecie zostaje „wszczepione” życie w ILOŚCI AKCEPTOWALNEJ dla „młodych bogów życia i śmierci”, a „reszta” zostaje zamrożona i czeka na „lepsze czasy”, bo może nic z zabiegu nie wyjść i pojawi się następne „BO CHCĘ!”,  bądź zostają zniszczone. Dalej już jest tylko straszniej. Zamrożone życie staje się przedmiotem podlegającym wzajemnym negocjacjom rodziców, lekarzy, laboratoriów, biorców, dawców czy innych „podmiotów” partycypujących w tej metodzie. Podsumowując wszystko z czym mamy do czynienia, szerokie horyzonty życia zawęża się do punktu by stwierdzić: BO CHCĘ!I to jest właśnie punkt widzenia w przypadku In vitro – nic więcej. Tak więc dalsze „losy życia” z In vitro poddawane są presji odhumanizowanych wartości bilansu zysków i strat. Przypomina to autentyczną wojnę, w której dowodzący rodzice decydują którzy żołnierze mają zginąć aby inni mogli żyć. Tak też powstaje nieczłowiecza, zwyrodniała „miłość” do dzieci bez sumienia dla tych których nie daliśmy żyć. Takiego ogromu odhumanizowania człowieczeństwa możemy się spodziewać w czasie wojen, ale między kochającymi się ludźmi?! Daje więc tam metoda pozwolenie na odczłowieczenie ludzkiej istoty w imię CHCENIA i nieistniejącego „prawa do posiadania dzieci”. Wszystko staje się kłamstwem, wszystko…

Podobnym kłamstwem jak to, że „In vitro jest metodą leczenia niepłodności” jest wniosek wmawiany nieszczęśliwym bezdzietnym parom, że człowiek ma wspomniane wyżej

PRAWO DO POSIADANIA DZIECI.

Otóż wśród wielu praw, które ma człowiek akurat nie istnieje coś takiego jak prawo do posiadania dzieci. Możemy się kłócić o wyrażenie „do posiadania” czy „mieć”, ale bezsens tych twierdzeń zawiera się w pierwszym słowie: PRAWO. Mamy różne rodzaje praw: przyrodzone, nabyte itd., ale prawa do posiadania dzieci nie mamy. Wmawianie czegoś takiego, jest wyjątkowym przewrotnym barbarzyństwem tych, co chcą zwyczajnie zarabiać na nieszczęściu. Pary z obolałym sercem chwytają się tej „brzytwy”, która pozwala im oszukać sumienie nadając swojemu cierpieniu nieuprawnioną bezzasadność. Przykro mi, ale drodzy starający się o dziecko:

 

Nie istnieje PRAWO DO POSIADANIA dzieci, tak więc akurat w tym względzie nie macie żadnych praw.

 

Po tych ciężkich słowach chciałbym wrócić do „kontestatorów życia” i ich nieuprawnionych dylematów kiedy ono powstaje. Zasadniczym filozoficznym błędem tej kontestacji, jest nie to, że rozważamy sam moment powstania życia, ale umysłowa pycha że będziemy w stanie granicę powstawania życia określić. Nie jesteśmy w stanie go stworzyć, więc rozważanie: kiedy już jest?staje się istotnie nieuprawnione. Nie chodzi mi o kłamstwo, racjonalizację – ale o naprawdę uczciwie postawiony problem: KIEDY POWSTAJE ZYCIE? Pytanie to, mimo że pełne pychy jest zupełnie naturalną konsekwencją tego, co wiemy o sobie ( chęć życia), a w związku z tym o innych ( chęć życia innych). Zawsze, każdy człowiek (niezależnie od rasy, płci, narodowości czy religii) musi to pytanie sobie postawić. I w moim przekonaniu nie jest ważna odpowiedź, ale sam fakt pytania. Udowadniamy tym, że boimy się o czystość swego sumienia, bo po co się pytamy? Abyśmy mogli cos robić z życiem, które stwierdzimy że nim nie jest. Tak więc gdy odpowiemy sobie JEST TO ŻYCIE, GDY MA: 2 tygodnie, 1 miesiąc, czy pół dziecka urodzone – jest tylko rozpaczliwą racjonalizacją, niemoralną manipulacją naszego sumienia. Dobrze, że stawiamy sobie to pytanie, świadczy to o naszym humanizmie, lecz gdy odpowiadamy sobie na nie – świadczy to o naszym wyjątkowym okrucieństwie.

 

DOWÓD NA NIELOGICZNOSCI ROZWAŻAŃ, KIEDY POWSTAJE ŻYCIE – w moim rozważaniu na ten temat, nie chodzi o konkretny termin kiedy już jest życie, a kiedy go jeszcze nie ma, ale o odwołanie się do logiki i wykazanie kompletnego braku racji tych, którzy terminy owe podają. A wiec załóżmy, że uznajemy powstanie życia w 10 tygodniu od poczęcia. Pomijam fakt, że sama chwila poczęcia jest nieokreślona, więc to już wywraca nam cała logikę tego przykładowego stwierdzenia, ale załóżmy nawet, że co do sekundy wiemy (jak w przypadku In vitro). Mija zatem 10 tygodni mierzone atomowym zegarem i mija owa ostatnia magiczna sekunda rozpoczynająca 10 tydzień. Zapytam się więc czy: sekundę wcześniej istniało życie? Gdybyśmy się upierali, że nie to sugerowałoby, że DOKŁADNIE wiemy, kiedy powstaje życie, a tego przecież nie wiemy. Bo dlaczego 10 tydzień? Ktoś poda inny czas opierając się na innych założeniach. Logiczne jest, więc, że odpowiemy: sekundę wcześniej też już było życie. To logiczne rozumowanie przeprowadzamy dla sekundy przed tą o której dotąd mówiliśmy – bo gdy sekundę wcześniej było życie i zaliczyliśmy ten moment do życia, to sekundę wcześniej też musimy. Ten proces logiczny powtarzamy aż do skutku, czyli do momentu zapłodnienia. Wszystkim, którzy chcą monitorować serce płodu, kiedy zaczyna w naturalny sposób bić, polecam uznawać za „nie-życie” tych, co mają sztuczne serca, albo podczas operacji albo jak ostatnio: podłączani do zewnętrznego sztucznego serca. Darujcie sobie takie i podobne argumenty. Tak więc udowodniłem niniejszym, że jakiekolwiek terminy „ustalania” powstawania życia ( oprócz faktu zapłodnienia) są idiotyzmem.

 

 

ZACHWIANIE RÓWNOWAGI W POJMOWANIU ŻYCIA SWEGO I INNYCH– Obrona naszego życia jest tak przyrodzona i naturalna, że dosłownie każdy człowiek na świecie, który żył, żyje lub będzie żył nie miał, nie ma i nie będzie miał żadnych w tym względzie wątpliwości (drogich kontestatorów tego stwierdzenia dosłownie olewam, bo ich argumenty są poniżające). Z faktu odczuwania wielkiej wartości naszego życia, w sposób naturalny i przyrodzony wnioskujemy o ogromnej wartości życia innych na zasadzie wzajemności: nie chciałbym abyś MNIE pozbawił życia BO CHCĘ ŻYĆ, więc wiem, że TWOJE życie ma taka samą wartość jak moje BO TY TEŻ CHCESZ ŻYĆ. Tak więc osobiste odczuwanie życia i widzenie go w innych, ma bezpośredni związek ze świadomością i wnioskiem, że należy szanować życie swoje i innych. Metoda In vitro w katastrofalny sposób zaburza równowagę ważności życia. Zachwianie równości życia powoduje zawsze nieobliczalne skutki w sumieniu ludzkim i doprowadza dosłownie do holokaustów istnień. Czy muszę przypominać to słowo: holocaust i z jaką „filozofią” lepszych i gorszych się wiążę? Chyba nie. In vitro właśnie daje takie możliwości sumieniu ludzkiemu, aby nierówno traktować życie w zależności od naszych „widzimisię” racjonalizowanych do poziomu naszego nowoczesnego BO CHCĘ!

 

CECHY ŻYCIA  LUDZKIEGO

Wartość życia jest niesumowalna (dwa życia nie są ważniejsze od jednego itp.), jest niezbywalna ( nie można prawa do życia oddać komuś), jest niepodzielna ( nie można kawałka życia komuś oddać, albo żyć tylko w 3/4) oraz nie podlegająca wartościowaniu. Ta ostatnia cecha, w oczywisty sposób łączy się z poprzednim punktem zachowania równowagi. Otóż gdy powstaje życie całkowicie przestają istnieć jakiekolwiek wątpliwości do sensu jego istnienia, pochodzenia, jakości itd. Tak więc czy jest ono chrome, czy powstało w wyniku przemocy, gwałtu czy sztucznego zapłodnienia, przez sam fakt istnienia staje się najwyższą wartością…można powiedzieć samą w sobie, niezależną od żadnych okoliczności. W dzisiejszym świecie istnieją niespotykane kłamstwa, które wartościują życie człowieka w zależności od tego czy jest przydatne lub nie. Choćby eutanazja, czy kuriozalna sytuacja poświęcania życia ludzkiego dla życia zwierząt.

 

 

W pomieszaniu tych wszystkich „logiczności” bardzo dużą role odgrywa celowe mieszanie pojęć, co pozwala w sposób łatwy dla sumienia racjonalizować wybory wprowadzając celowe kłamstwa. A wiec dzisiaj już nie jest człowiek w łonie matki, tylko płód. Już nie zbijanie tylko aborcja, już nie macierzyństwo tylko reprodukcja. Zatem w sposób celowy i haniebny pomniejsza się pojęcia podstawowe i znaczeniowo czyste, a zastępuje się je terminami nowymi, prymitywnymi i kłamliwie rozciąganymi poza pojęcia podstawowe.

 

Gdy więc nasze szerokie horyzonty, zawęzimy do punktu, wtedy powiadamy: to jest nasz punkt widzenia: BO TAK CHCĘ, rodzi się w nas nienawiść do prawdy, którą przypomina nam Kościół. Prawda staje się obiektem ataków z każdej strony, bita jest i poniewierana, aby ją w końcu powiesić na drzewcu hańby, niech zdechnie. Otwieramy tym samym w swym sercu i umyśle miejsce na zagnieżdżenie się okrucieństwa, zbrodni, kłamstwa i manipulacji niezależnie od tego za jakich humanistów i etycznych geniuszy się uważamy. Dochodzi do istotnych umysłowych zwyrodnień w których ekskomunika, jest najbardziej krytykowana przez lewicę (jakby Sakramenty Święte były podstawa ich programu politycznego), a katolicy świeccy z wrzaskiem stwierdzą w demokratycznym głosowaniu, że Bóg nie ma racji, że mylił się dotąd, bo polityczna etycznie wulgarna hucpa jest od Niego sprawiedliwsza.

Bo In vitro jest bezpośrednim kontaktem z najważniejszymi etycznymi i moralnymi imperatywami… i tylko cienkie naukowe szkiełko staje się granicą humanizmu.

 

Reasumując, moje polityczne poglądy w sprawie In vitro nie mają znaczenia i gdybym stawał do wyboru moralnego głosowałbym na projekt Pana Gowina z Platformy obywatelskiej. Projekt ten wypełnia prawie w 100% etykę szerokim tego słowa znaczeniu. I choć można by mi zarzucić, że  etyka jest jak życie – niepodzielna ( bo nie można być w 90% uczciwym) to w tym wypadku wybieram „większe dobro” a nie mniejsze zło.

Prosta i tania reklama w Internecie sprzedawana za pomocą AdTaily(PLALLADTAILY0002) WAU_tab('9bn09paqq57v', 'bottom-center')

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Polityka