Szanowni Państwo,
W dzisiejszej notce postaram się wnieść swój twórczy wkład w badanie katastrofy smoleńskiej, gdyż uważam, ża każdy prawdziwy patriota (a do takich z pewnością się zaliczam) powinien mieć choćby symboliczy, maciupeńki w tym udział, niezależnie od innych udziałów, które posiada lub nie.
Ponieważ szkoda czasu, od razu przystąpię do meritum.
Otóż jak wszyscy wiedzą, w ostatnich dniach podano, że wreszcie udowodniono istnienie fal grawitacyjnych, czyli tego czegoś, czego nie widać, nie słychać, nie czuć, a co jest, w przeciwieństwie do Dobrej Zmiany, którą widać, słychać i czuć, a wcale jej nie ma.
A skoro tak, to przyszło mi do głowy, że warto by może sprawdzić jakimś sprytnym, sięgającym w przeszłośc detektorem, jaki był rozkład i energia tych fal w Smoleńsku, owego feralnego 10 kwietnia roku pamiętnego.
Gdyby bowiem się okazało, że akurat w tym dniu i o tej godzinie dotarło do Tupolewa silne zaburzenie grawitacyjne, to w zasadzie tłumaczyłoby to wszystko - wybuchy, przedmuchy, zgniecenia, miliony szczątków, półbeczkę, brak kokpitu, brak Antoniego Macierewicza na pokładzie, a nawet dobijanie rannych, bo cholera jasna wie, jakie taka fala może wywołać skutki, w tym również długofalowe.
Sprawa jest o tyle ciekawa, że przecież gdyby nie grawitacja (ta zwykła, ziemska) to Tupolew w ogóle by się nie rozbił, bo nic by go do ziemi nie ciągnęło, nawet brak generała Błasika w kokpicie.
Być może fizycy będą oponować, gdyż podobno fale grawitacyjne są bardzo słabe z naszego punktu widzenia i nie powinny mieć wpływu na samolot, ale proszę wziąć pod uwagę fakt, że to nie był zwykły Tupolew, tylko Air Force 101, na pokładzie którego skumulowała się ogromna ilość wysokopoziomowej, wręcz "kosmicznej" energii, która teoretycznie mogła stanowić przeszkodę nawet dla fal grawitacyjnych, które rzekomo żadnych przeszkód się nie boją.
Można też rozwinąć tę teorię w kierunku koincydencji i sekwencji kilku zdarzeń, np tak, że przejście fali grawitacyjnej przez "wysokoenergetycznego" Tupolewa spowodowało chwilowe otwarcie się wrót do innego wymiaru, zaburzenie czasoprzestrzenne i w konsekwecji duplikację samolotu. Jeden z bliźniaków następnie się rozbił, a drugi lata gdzieś w 7 wymiarze i szuka punktu orientacyjnego w postaci brzozy, choć tam żadne brzozy przecież nie rosną (chyba).
Oczywiście można zarzucić mojej teorii pewną niespójność i kilka słabych punktów, ale uważam, że w niczym nie ustępuje innym teoriom, a niektóre nawet zdecydowanie przewyższa, choćby wdziękiem, podobnie jak jej autor, który też wdziękiem grzeszy i to od niepamiętnych czasów.
Tak więc w poczuciu dobrze spełnionego, obywatelskiego obowiązku pozdrawiam całą komisję pana Macierewicza wraz z podkomisją, a szczególnie tego pilota eksperta, który ostatnio się wypowiedział, że jak pilot boi się lądować we mgle, to jest tchórzem i że on, pan instruktor z aeroklubu, też by próbował.
Dzięki takim ekspertom komisja być może dojdzie do konkluzji, że kapitan Protasiuk to bohater narodowy, nie mniejszy niż płk. Kukliński, a może nawet większy i pan minister będzie wnioskował o pośmiertny awans na co najmniej generała i pochówek na Wawelu, co w obliczu spodziewanych ekshunacji nie powinno stanowić problemu. Nie wiem tylko jak w takiej sytuacji wręcza się nominację, ale pan Duda na pewno da radę.
Fakt, że znów staniemy się pośmiewiskiem dla całego świata jest bez znaczenia, bo ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, a ostatni gasi światło.
A światłość wiekuista itd....
D.K.


Komentarze
Pokaż komentarze (30)