Szanowni Państwo,
Zanim nawiążę do tytułu, mała uwaga:
Otóż jak widać, pojawia się moja kolejna, numerowana "analiza" a to oznacza, że sytuacja jest poważna. A skoro taka jest, to i wpis będzie miał poważny charakter, bez komponenty satyrycznej i może dzięki temu nie zostanie ukryty, choć jak widzę, łaska admina kieruje się własnymi, mocno niejasnymi kryteriami.
No ale do rzeczy:
Nowe władze najwyraźniej uznały, że skoro kompletnie nie radzą sobie z rządzeniem i to zarówno w polityce wewnętrznej jak i tym bardziej zewnętrznej, to trzeba czymś zająć naród, bo nawet Smoleńsk jakby już trochę słabo działa w charakterze czynnika podjudzającego, skłócającego i jątrzącego. Wyciągnięto więc pudełka z szafy gen. Kiszczaka i najwyraźniej Jarosław Kaczyński przygotowuje kolejny spektakl z paleniem kukły Wałęsy.
To człowiek, który zawsze był w tle, który w najmniejszym nawet stopniu nie przyczynił się do postępu, jaki na przestrzeni ostatnich 25 lat stał się udziałem Polski. Jego rola w przemianach jest praktycznie zerowa, znacznie mniejsza od wielu całkiem anonimowych dla ogółu społeczeństwa działaczy Solidarności, choćby tych tysięcy internowanych w czasach, gdy pan prezes miał zwyczaj spać do południa.
Fakt, że ktoś taki, kto zresztą wypłynął na szersze wody dzięki Wałęsie, ma czelność postępować tak jak postępuje i że ma na to przyzwolenie części społeczeństwa, jest mocno przygnębiający i bardzo źle rokujący na przyszłość.
Kilka dni temu prof. Nałęcz próbował w tv brać w obronę Wałęsę, porównując jego "młodzieńcze przewiny" z sytuacją, w jakiej na początku swojej drogi życiowej znalazł się Piłsudski. Ponieważ jest specjalistą od historii okresu międzywojennego, nie wypada wątpić w fakty, które podawał, zresztą dobrze udokumentowane, choć niektóre dokumenty Marszałek również zniszczył, ale potem odnalazły się ich kopie, bodaj w austriackim sztabie generalnym, o ile dobrze pamiętam.
Tyle, że to była "praca" na rzecz obcego mocarstwa, a nie wewnętrzne gierki ze służbą bezpieczeństwa. Warto również sobie przypomnieć, co Pisłudski robił ze swoimi przeciwnikami politycznymi i zdać sobie sprawę w faktu, że Wałęsa swojej "Berezy" jednak nie zorganizował. Również "fizycznych", bezpośrednich ofiar rządów Marszałka był znacznie więcej, niż "ofiar" działalności Wałęsy, o ile w ogóle można o takich przypadkach mówić.
A teraz skrócona historia i bilans działań obu przywódców:
Piłsudski - faktyczna, agenturalna działalność na rzecz obych mocarstw, powrót do kraju, triumf nad nawałą sowiecką i następnie przewrót majowy i totalna klęska tamtej Polski w 1939r, choć już po smierci Marszałka, ale nie sądzę, żeby nawet żyjąc, mógł doprowadzić do kolejnego cudu.
Wałęsa - podpisanie jakichś "kwitów" na SB, następnie objęcie przywództwa ruchu Solidarność, doprowadzenie do porozumień sierpniowych, pokojowa nagroda Nobla, praktycznie bezkrwawe odebranie władzy komunistom, prezydentura, wyprowadzenie obcych wojsk z terenu Polski, wojna na górze, odcinanie kuponów od własnej sławy.
Przy czym jeśli chodzi o "wojnę na górze" to w znacznej mierze była inspirowana właśnie przez Kaczyńskiego, a jeśli chodzi o odcinanie kuponów, to trudno raczej zarzucić Wałęsie, że podrózuje po świecie z wykładami, skoro ktoś chce go słuchać i jeszcze za to płaci. To być może również powód "guli", Kaczyńskiego, którego mogą co najwyżej za darmo słuchać jego fani, ale nie słyszałem, żeby gdzieś był zapraszany za granicę i nie mam tutaj na myśli bynajmniej Kongresu USA, bo tam by go pewnie nawet za potrzebą nie wpuścili.
Powyżej wykazałem, że Piłsudski ma o wiele więcej "za uszami" niż Wałęsa, ale jakoś nikt nie kwestionuje jego roli historycznej, ulice, place, kopce i inne ważne miejsca nazywane są jego imieniem, a jego apologeci jakby w niepamięć puszczają opinię Wodza Naczelnego, jaką ów miał na temat kleru katolickiego.
Podsumowując:
Piłsudski wygrał Bitwę Warszawską, ale wykreowana przez niego Polska przegrała praktycznie wszystko w 39 roku, łącznie z całą historią powojenną, aż do...Wałęsy.
Ten zaś wygrał wszystko co mógł, a nawet więcej, bo kto mógł przypuszać w trakcie podpisywania porozumień tym wielkim długopisem, że właśnie rodzi się wolna Polska ?
Fakt, że ta wolność jest cały czas negowana i kwestionowana przez Jarosława Kaczyńskiego i jego otoczenie oznacza, że ci ludzie żyją w zupełnie innym świecie, żeby nie powiedzieć, że w innym wymiarze.
Kaczyński cały czas "wygrywa" wyłącznie swoje kompleksy i fobie, nie wnosząc do tematu POLSKA żadnej wartości dodanej. Jest naszym przekleństwem i grożnym memento, człowiekiem, o którym trawestując Goethego można by powiedzieć, że jest tą siłą, która wiecznie (rzekomego) dobra pragnąc, wiecznie zło czyni.
Dziś w radio red. Żakowski stwierdził w trakcie dyskusji trochę żartobliwie, że (cyt) "Kaczor w kosmos nie poleci". A mnie się wydaje, że od jakiegoś czasu już tam właśnie przebywa, bo z kosmosu bliżej do nieba, a to przecież jest właściwe miejsce i naturalne środowisko dla każdego zbawiciela, nawet żoliborskiego.
Próba "oderwania" nas od Unii, dzięki której Polska wykonała skok cywilizacyjny jaki nie był jej udziałem nigdy w historii, to działania o charakterze dywersyjnym, wybitnie antypaństwowym, za które zapłacą wszyscy, łącznie z "naczelnikiem. Liczę jednak na to, że o ile wszystko wróci do normy, panu Kaczyńskiemu wystawiony zostanie przez naród indywidualny rachunek i coś mi się wydaje, że żaden bank nie da mu na tę spłatę kredytu, nawet SKOK. Przyjdzie więc swoje odsiedzieć, być może już do faktycznego i definitywnego końca. Gorzej, że póki co "oderwanie" może się udać, bo nie sądzę, żeby obywatele Unii byli obecnie żywotnie zainteresowani w ładowaniu ogromnych pieniędzy w kraj, który tylko bierze, nie dając nic w zamian i strojąc fochy. Niektórzy sugerują, że dali nam kasę na te drogi, żeby móc nimi wywozić nasze dobra narodowe i dostarczać swoje produkty, no ale prezes przecież może kazać w razie czego zniszczyć te autostrady i tym samym przejść do "legendy" jak Beck, który nie dał Niemcom wybudować korytarza i zapowiadał, że nie oddamy nawet guzika.
Kaczyński poodobno nie ma co oddawać, bo już wszystko oddał Polsce, oprócz życia, ale założę się, że nawet jak umrze we śnie, przed telewizorem, to jego zwolennicy będą głosić, że właśnie oddał je za sprawę największy Polak w historii, który nawet nigdy nie romansował, w przeciwieństwie do JP2, na którego dziwnym trafem również odnajdują się teraz jakieś "kwity". Dobrze swoją drogą, że nie w szafie Kiszczaka i że nie romansował z panią dr Kiszczakową, bo dopiero by się narobiło.
Na szczęście z puli tych pieniędzy, które być może zostaną nam niedługo odebrane, udało się m.innymi wykonać kanalizację w kwartale ulic, które znajdują się mniej więcej kilometr od willi pana prezesa. Gdyby nie to, pan Kaczyński mógłby przy sprzyjającym wietrze czuć smród ze znajdujących się tam jeszcze w 21 wieku szamb. A przypominam, że mówimy o bogatej dzielnicy, w stolicy środkowoeuropejskiego państwa, które pretenduje do roli, jakiej nigdy nie miało.
Szczęście w nieszczęściu polega w naszym przypadku jednak na tym, że coraz to nowe grupy społeczne szybko przekonują się, że Dobra Zmiania ich nie dotyczy, a wręcz przeciwnie. Jeśli np. pan prezes sądzi, że rolnik w Suwalskiem bardziej interesuje się teczkami Bolka, niż faktem, że nie ma komu zająć się formalnościami związanymi z dopłatami, bo nowa władza usunęła wszystkich urzędników do tej pory tym się zajmujących, to może się mocno oszukać.
Na pewno nie będą go bronić, a i z żywieniem może być różnie, bo taki z prezesa Kościuszko, jak ze mnie Popiełuszko, że sobie tak rymnę na użytek zgrabności frazy.
Może się dość szybko okazać, że poparcie dla nowego rządu to tylko fikcja sondażowa i nagle trzeba będzie podejmować coraz bardziej ryzykowne decyzje, aby w końcu wprowadzić kartki na żywność, albo i na alkohol, co pewnie tym razem ucieszy pana Bugaja, bo w sytuacji, gdy rodzina dostanie 500 na dziecko, to już legalnie wódki za taką sumę nie kupi.
Jeśli prezesowi wydaje się, że przekształci Polskę w kraj miodem i mlekiem płynący, gdy tylko rozprawi się ze wszystkimi byłymi komunistami (cokolwiek by miały oznaczać określenia komunista i rozprawić się) to tylko mu się tak wydaje, w tym jego chorym z nienawiści, pychy i zazdrości umyśle.
Oby jak najszybciej jak najwięcej popsuł, bo tym szybciej naród się obudzi i sen o kaczej potędze pryśnie jak bańka mydlana, choć wszyscy niestety za te rojenia zapłacimy.
Póki co, czekam na rewelacje z IPN, które jak już informowano, dotyczą spraw sprzed 40 lat, czyli z czasów, gdy obecny przywódca narodu pracował w bibliotece i tam wykuwał zręby naszej państwowości, na jedynym swoim etacie pracowniczym w całym, już dość długim życiu.
A, bym zapomniał o szefowaniu tygodnilkowi Solidarność, która to funkcja i tak przerosła "intelektualnie" i pod każdym innym względem pana prezesa, który dość szybko doprowadził to pismo do upadku. Teraz próbuje tego numeru z Polską, ale nie wolno mu na to pozwolić, bo Polska, to nie gazeta, do podcierania sobie nią pomarszczonej doopy w chwilach frustracji.
Użyłem słowa "doodpa" w tej formie, bo zauważyłem, że admini tolerują ją w komentarzach, więc mam nadzieję, że nie zostanę ukarany.
D.K.
P.S:
Przypomnę jeszcze na wszelki wypadek, że wszelkie "osobiste wycieczki" w komentarzach nie bedą tolerowane, a ich autorzy będą bez uprzedzenia blokowani.
Możemy rozmawiać "na temat" a ja nie jestem tematem tej notki.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)