W celu zrozumienia obecnej sytuacji panującej w Gruzji należy cofnąć się do roku 1992 kiedy to w wyniku inspirowanej przez Moskwę ofensywy abchaska armia separatystyczna wyparła z Suchumi pododdziały podległe Tbilisi. W konsekwencji tego sztucznie wywołanego konfliktu proklamowana została Republika Abchaska, która do dzisiaj nie jest uznawana na arenie międzynarodowej. Poza utratą terytorium przejęcie kontroli nad tym regionem przez około 100 tys. mniejszość abchaską oznaczało, że z samozwańczej republiki wyjechać musiało ponad 200 tys. Gruzinów, którzy do dzisiaj żyją w obozach dla uchodźców. Nie porzucili jednak oni nigdy myśli o powrocie do swoich domów ale pod warunkiem, że znajdą się pod rządami Tbilisi.
Jednakże od kilkunastu już lat Rosja pilnuje aby do tego nie doszło. Po pierwsze tuż po zawieszeniu broni Moskwa mając w tym okresie „swoich ludzi” we władzach obu krajów była głównym rozgrywającym w procesie pokojowym i narzuciła stronom swoje koncepcje tymczasowego rozwiązania sytuacji. Zawarte one zostały w obowiązującym do dziś tzw. „Porozumieniu moskiewskim”, które strony podpisały w 1994 roku. Szybko jednak okazało się, że Gruzja jest zakładnikiem tego dokumentu, bowiem na mocy jego zapisów w strefę konfliktu wprowadzone zostały siły pokojowe pod egidą Wspólnoty Niepodległych Państw. W praktyce jednak składają się one w całości z jednostek rosyjskich i są narzędziem prowadzenia polityki przez Moskwę, pozwalającym zachować Kremlowi pełną kontrolę nad tym co dzieje się w konflikcie gruzińsko-abchaskim. Co więcej po objęciu władzy przez Saakaszwilego, który zadeklarował, że podczas swojej prezydentury dokona reintegracji kraju, siły te stały się gwarantem istnienia Abchazji. Przede wszystkim z tego względu, że mocno wspierana finansowo i szkoleniowo przez USA armia gruzińska osiągnęła w ostatnim czasie olbrzymią przewagę nad wciąż bardziej partyzanckimi niż regularnymi wojskami abchaskimi. Zatem obecnie jedyną przeszkodą w realizacji obietnicy wyborczej gruzińskiego prezydenta są stacjonujące w strefie zawieszenia broni pododdziały WNP bowiem w przypadku podjęcia przez Gruzję próby siłowego przejęcia kontroli nad Abchazją musiałoby dojść do starć także z rosyjskim siłami pokojowymi co oczywiście może mieć daleko idące konsekwencje, z interwencją militarną Moskwy włącznie.
W związku z tym Tbilisi prowadzi od pewnego czasu politykę ukierunkowaną na zdyskredytowanie sił pokojowych WNP co miałoby doprowadzić do wyprowadzenia ich ze strefy konfliktu. W przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy miało miejsce szereg incydentów, po których Gruzja podważała ich bezstronność. W tym czasie Tbilisi oskarżyło Moskwę o trzy ataki rakietowe – dwa w dolinie Kodori i jeden przy granicy z Południową Osetią. Ponadto, gruzińska policja kilkakrotnie dokonała aresztowań rosyjskich żołnierzy, oskarżając ich o nadużywanie mandatu bądź też o służbę pod wpływem alkoholu. W ostatnich miesiącach wydarzenia te nabrały szczególnej intensywności, aż we wrześniu br. w rejonie przygranicznym w starciu pomiędzy siłami abchaskimi i gruzińskimi zginęło dwóch rosyjskich oficerów, którzy wg władz abchaskich byli zatrudnieni jako instruktorzy i prowadzili szkolenie żołnierzy abchaskich. Natomiast strona gruzińska oskarżyła grupę w skład której wchodzili zabici rosyjscy oficerowie o naruszenie granicy administracyjnej pomiędzy Gruzją i Abchazją oraz przygotowywanie ataku terrorystycznego. W rewanżu siły pokojowe WNP dokonały w strefie konfliktu brutalnego aresztowania pięciu gruzińskich policjantów nagrywając ten incydent kamerą, która następnie została przejęta przez gruzińską dziennikarkę. Nagranie to zostało oczywiście szybko wykorzystane przez Tbilisi jako dowód na to, że Rosjanie nie są bezstronni i powinni stracić mandat sił pokojowych oraz opuścić terytoria Gruzji i Abchazji. Z pewnością wydarzenia te mogły spowodować, że Kreml postanowił przejąć inicjatywę nad rozwojem sytuacji w Gruzji.
Mając to wszystko na uwadze nie można zatem wykluczyć, że rzeczywiście jest tak jak twierdzi prezydent Saakaszwili, który oskarża Moskwę o inspirowanie opozycji do obecnych protestów. Przecież z pewnością Rosji bardzo zależy na osłabieniu a nawet pozbawieniu władzy polityka tak bardzo zaangażowanego w integrację kraju. Celem Kremla jest bowiem zachowanie status quo gdyż obecna sytuacja powoduje, że Gruzja rozpoznawalna jest na forum międzynarodowym jako kraj niestabilny – bez szans na wejście do UE czy NATO a nawet na większe inwestycje z państw zachodnich. A dla Rosji dobry sąsiad to słaby i biedny sąsiad…


Komentarze
Pokaż komentarze (12)