"To był zamach" - gdy pierwszy raz usłyszałem te słowa pomyślałem, że są one wynikiem olbrzymich emocji, których umysły ludzkie nie potrafiły kontrolować. W moim odczuciu ta hipoteaza wydawała się absurdalna. Oczywiście w każdym wypadku można doszukiwać się czyjegoś zamierzonego działania tworząc tzw. teorię spiskową, którą ludzie podatni przyjmują za pewnik. W rzeczywistości prawdopodobieństwo takiego ciągu zdarzeń jest bliskie zeru.
Zwolennicy zamachu najchętniej przypisują winę Rosji tłumacząc to zemstą na Lechu Kaczyńskim za wspieranie Gruzji. Prawdą jest, że polski prezydent opowiedział się wówczas po stronie Gruzji i tak jak potrafił tak ją wspierał. Wydaję się jednak, że zamachu z nienawiści czy zemsty dokonuje szaleniec. Służby specjalne Rosji, jeżeli wogóle mogłyby przeprowadzić tego typu zamach, na pewno nie działałyby pod wpływem złych emocji a w wyniku chłodnej kalkulacji zysków i strat swojego dzialania. Tutaj korzyści nie widać bo prezydent Kaczyński był zbyt słaby by realnie zagrażać Rosji w realizacji ich zamierzeń. Owszem wspierał Gruzinów ale raczej w myśl zasady "psy szczekają, karawana jedzie delej" bo nie miał żadnej realnej mocy odziaływania na Rosję. Dodatkowo to była końcówka kadencji prezydenta Kaczyńskiego, który według wszelkich sondaży miał minimalne szanse reelekcji.
Wybór miejsca i sposób zamachu też wydaje się bardzo nieszczęśliwy. Czy Rosjanom rzeczywiście zależałoby aby zamachu dokonać we własnym kraju? Wyznawcy tej teorii z jednej strony przypisują zamachowcom techniki z Jamesa Bonda (wręcz wirtualizacja miejsca) z drugiej zaś nie doceniają rosyjskich służb. Myślę, że gdyby Rosjanie rzeczywiście chcieli zabić prezydenta Kaczynskiego znaleźliby inny sposób by do niego dotrzeć. Szczególnie po tym jak rządy PIS doprowadziły do zupełnej destrukcji polskiego kontrwywiadu ujawniając naszych agentów. Osobiście uważam, że gdyby Rosjanom zależało na tej śmierci bardziej prawdopodobne jest, że któregoś dnia prezydent zszedłby we wlasnym gabinecie, na przykład czując się gorzej po porannej owsiance. Raczej nie czekaliby aż raczy lądować na lotnisku w Smoleńsku, tym bardziej że on rzadko zaszczycał uroczystości katyńskie swoją obecnością. Warto zauważyć, że prawdopodobieństwo powodzenia tak zaawansowanej i kosztownej akcji wcale nie byłoby duże. Co gdyby mimo "sztucznej mgły" i "przekłamanych informacji z wieży" pilotom udało się wylądować? A co jakby nie podejmowali ryzyka i nie lądowanli? Chyba pozostałoby wysłać w pościg myśliwce.
Tymczasem znane fakty mówią, że nad lotniskiem wisiała gęsta mgła (z bardzo dużym prawdopodobieństwem naturalna), która powodowała lądowanie ryzykownym. Przylot na ostatnią chwilę czynił ewentualny lot na lotnisko zapasowe bezsensownym - równie dobrze samolot mógłby zawrócić do Warszawy, ponoć miał paliwo. Na pokładzie nie tylko dowódca wojsk lotniczych ale też zdeterminowany zwierzchnik sił zbrojnych znany ze swych wcześniejszych aroganckich zachowań wobec pilotów, którzy ze względu na bezpieczeństwo odmówili w przeszłosci wykonania nieprzemyślanego rozkazu. Czynniki te pokazują jak duża była presja by lądować mimo fatalnych warunków atmosferycznych (rozkaz lądowania nie musiał być wyrażany bezpośrednio, choć nie można i tego wykluczać).
Myśląc racjonalnie katastrofę spowodował splot niekorzystnych czynników w tym ludzkich zaniedbań oraz wcześniejszej arogancji prezydenta czy posła Gosiewskiego (słynne zapytanie do ministra obrony o promowanie tchórzostwa pilotów po wyprawie do Gruzji). Które z nich były najistotniejsze ma wyjaśnić śledztwo. Oczywiście w dziedzinie wszystkich możliwych rozwiązań zawiera się i zamach terrorystyczny z zewnątrz zrealizowany przez służby specjalne państwa, na którego terenie znajdowalo się lotnisko. Rzeczywiście nie można w pełnych 100% wykluczyć tej opcji tak jak nie możma zanegować religijnych prawd objawionych. Dziwi mnie jednak, że znaczna i wpływowa grupa osób bierze ten mało prawdopodobny przypadek i robi z niego coś na wzór religijnego dogmatu. Osoby te, jak w sekcie, stają się wyznawcami zamachu smoleńskiego.
Na koniec, choć jak się łatwo domyśleć w zamach smoleński nie wierzę, spróbuję w tym akapicie jedynie na chwilę założyć że coś takiego mialo miejsce. Znana z kryminalistyki metoda każe zapytać kto miałby w tym największy interes? Lub inaczej, przyjrzeć się kto w wyniku takiego stanu rzeczy najwięcej osiągnął. Kadencja prezydenta Kaczyńskiego dobiegała końca a jego mizerne sondażowe poparcie pokazywało, że trudno mu będzie "meldować wykonanie zadania" po kolejnych wyborach. Pewnie możnaby w ślad komunistycznych sekretarzy (jeden z nich był przez trzy dni przykładem patrioty) oświadczyć, że prezydent z powodów zdrowotnych nie będzie kandydował i przedstawić innego PIS'owskiego kandydata. Po pierwsze byłaby to woda na młyn znienawidzonego posła Palikota, który już na początku kadencji sugerował, że prezydent powinien się przebadać. Po drugie całe PIS miało wówczas poparcie niewiele wyższe niż pan prezydent. Katastrofa zaś, tragiczna i w skutkach okropna, bardzo mocno wstrząsnęła polskim społeczeństwem, które jak mi się wydaję sterowane dość specyficznie rozgrywaną żałobą i podsycane przez niektóre media odmieniło radykalnie sytuację poltyczną w kraju. PIS zbudowało mit wybitnego prezydenta, bohatera i męczennika, który spoczął na Wawelu. Zyskało też misję - realizację testamentu prezydenta Kaczyńskiego (nieważne, że prezydent realizował głównie wizje swojego brata). PIS po słabszych latach ewidentnie złapało oddech, znowu przyciągnęło tłumy. W wyborach prezydenckich pokazało swoją nową siłę. Co na katastrofie zyskała Rosja? Poniosla tylko niepotrzebne koszty choćby tych wypomnianych trumien, choć nie tylko. Co zyskało PO? Pewny kandydat ledwo ledwo przepołowił wynik wyborów w drugiej turze. Widać kto paradoksalnie na tym straszliwym nieszczęściu politycznie zyskał najwięcej. Czy to uprawnia by formułować kolejny dogmat? Według mnie nie! Ja w zamach smoleński nie wierzę!
Komentarze
Pokaż komentarze (12)