Po załatwieniu wszelkich formalnych i nieformalnych spraw dostaliśmy pokój na I piętrze Hotelu.
Pierwsze dni w Krakowie, to bieganie po pobliskich plantach, ul. Floriańską, oglądanie budynku jeszcze nieczynnego Teatru Polskiego, Rynek, Jama Michalikowa, Kościół Mariacki bez dzieła Wita Stwosza, Sukiennice w porównaniu z dniem dzisiejszym ubożutkie i wreszcie Wawel zwiedzany pod okiem nie byle kogo bo samego Karola Estreichera. Właściwie przygotowane jako tako do zwiedzania były trzy czy cztery komnaty, w pozostałych albo świeciło pustkami, albo leżały skrzynie nie wypakowane nie koniecznie nawet przynależne do Wawelu.
Pokazało się wiele tytułów polskich czasopism. W kiosku tuż obok hotelu kupiłam własnoręcznie i za własną tygodniówkę pierwszy numer „Przekroju”. Chyba też pierwsze przedstawienie po wojnie w Teatrze Rapsodycznym - był to bodajże „Pan Tadeusz”.
W przeciwieństwie do Lwowa żołnierzy, szczególnie radzieckich nie spotykało się wielu na ulicach. Dni były rozświetlone słońcem, było ciepło i tak daleko od kilkuletniej lwowskiej rzeczywistości, pełnej napięć, konieczności działania i przeżywania złych wiadomości, kiedy to nawet my dzieci pomagaliśmy pakować książki w Ossolineum, czy odgruzowywać piękną czytelnię Biblioteki Uniwersyteckiej zbombardowaną w trakcie zbliżania się frontu. Teraz dla repatriantów nastał czas wyciszenia, zanurzenia się w historii i teraźniejszości zachowanej i tworzącej się w Krakowie.
Coraz więcej też dobrych wiadomości, mimo blokady informacyjnej, docierało jednak do ludzi. Toczą się rozmowy z Niemcami, a może będą się toczyć? Już blisko do podpisania aktu kapitulacji... Radość była ogromna ale... nie wiele jej pamiętam bo przysłoniło mi ją inne wydarzenie, które jako pierwsze unaoczniło mi, że wszystko jest względne a przyszłość jest zamkniętym hermetycznie –zawsze nieoznaczonym, nieprzewidywalnym i szokującym nieznanym...
8 maja późnym popołudniem gruchnęła wiadomość o podpisaniu aktu kapitulacji przez Niemców. Przed wieczorem jak codzień przyjechał pociąg ze Lwowa, którym przybyła grupa repatriantów. Całe rodziny szły obładowane bagażami ciagnąc kufry po bruku, pchając wyładowane wózki dziecinne. Tylko naprawdę bogaci mogli sobie pozwolić na zapłacenie bagażowym. Najokazalej prezentował się bagaż jednego z profesorów medycyny. Zapakowany w porządne skórzane walizy i kryte skórą kufry bagażowi wieźli je na trzech wózkach bagażowych. Widziałam ten pochód spoglądając w okna z widokiem na dworzec i wypatrując czy nie zobaczę aby kogoś znajomego. Profesor w ciagu kwadransa załatwił wszelkie formalności i umieściwszy większość bagażu w magazynach hotelu z niewielkimi teczkami i jedną walizką wprowadził się wraz z rodziną do naroznego pokoju, dwa pokoje od naszego. Nagle usłyszeliśmy jakieś podniesione głosy a po nich strzały. Wszyscy obecni w hotelu wyłonili się ze swoich pokoi i zbliżała się ostrożnie do pokoju, z którego dobiegały odgłosy strzałów. W drzwiach stało dwóch oficerów radzieckich a trzeci trzymał pistolet wycelowany w sufit, a profesor, stojacy najbliżej uzbrojonego oficera, co jakis czas podbijał mu rękę, gdy ten obniżał lufę. Wszyscy trzej bohaterowie byli pijani i kołysali się na nogach .Pokrzykiwali „Pabieda! Pabieda!” „Dawaj wodku!” Pod boczna ścianą kuliły się trzy osoby żona, syn i matka profesora. Czas mijał. Na podeście pojawił się patrol żołnierzy polskich, którzy widząc 3 oficerów wycofali się rakiem obiecując przysłać ratunek w postaci radzieckiego patrolu oficerskiego.
Po pół godzinie patrol radziecki złozony z oficerów wyższych rangą zaaresztował oficerów niższych stopni. A my przy okazji dowiedzieliśmy się, ze kapitulacja Niemiec została podpisana. Ale jakoś daleko nam było do radości .Do naszej świadomości zaczynała docierać prawda, że oto nagle wyskoczyliśmy z „międzyczasu” by trafić do zupełnie innego świata.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)