Oczywiście w wieku 5 lat można podziwiać słupy światła na horyzoncie, ale o związanych ze zjawiskiem zorzy polarnej opowieściach, że gdy jest w widoczna w Europie to zwiastuje straszne wydarzenia, oczywiście jeszcze się nie wie. Potem b yły urodziny i dostałam wymarzonego wielkiego misia i imieniny z przyjęciem, był slub mojej Niani, gdzie występowałam w stroju krakowianki i już zbliżał się wrzesień. W ostatnich dniach sierpnia Ojciec został zmobilizowany i dostałam od niego pierwszy w życiu list, a raczej kartkę pocztową. To Ojciec przesyłał mi ją bo wydawało mu się, że spałam gdy się ze mną żegnał wyruszając na wojnę.
Kiedy ma się 5 lat słowo „wojna” jest pustym dźwiękiem, podobnie jak „śmierć”. Te słowa kojarzą się co najwyżej z zabawami dzieci po ulicach i podwórkach. Potem zaczęły się naloty i nieustanne pożary szybów naftowych wokół. W czasie nalotów chroniliśmy się w piwniczce pełniącej rolę spiżarni, płyciutkiej i zamykanej na podnoszoną w suficie pokrywą z desek. Później wracaliśmy do mieszkania i oglądaliśmy nowe pożary i ten olbrzymi ogień w jakim płonął Polmin. Naloty ustały i do Borysławia wkroczyli Niemcy. Późnym wieczorem przyszło 3 oficerów niemieckich i Mama musiała z nimi wyjść. Znacznie później dowiedziałam się, że miała być świadkiem skutków egzekucji dokonanej rzekomo przez wycofujący się oddział polski na jeńcach niemieckich. Była to historia dosyc tajemnicza, ponieważ zwłoki jeńców niemieckich były częściowo rozebrane i ułożone po obu stronach bocznej drogi.
Ojca nie było, nie było też już kucharki ani niani. Gimnazjum jeszcze nie działało i 17 września wkroczyli sowieci. Szkołę natychmiast uruchomiono a jej dyrektorem został nawet sympatycznie wyglądający Rosjanin, który zamieszkał w jednym z naszych pokoi. Tu i ówdzie zaczęły się aresztowania. Mama i mój brat rano szli na zajęcia szkolne a ja podgrzewałam sobie na gazie zostawione mi jedzenie, potem starannie gasiłam płomień gazowy i zaczynałam się bawić. Popołudniami Mama sprzątała mieszkanie opowiadając mi niekończącą się historię przygód kropelki wody. Kropelka stawała się elementem chmury, z której padał deszcz, potem spijały ją rośliny, potem wpadała do rzeki, którą płynęły łodzie, czasem chorowała gdy jej atomy napotykały obce wrogie cząsteczki, potem zdrowiały i wpadały do morza, gdzie spotykała wielkie i małe ryby... I tak ni z tego, ni z owego zaczynałam przyjmować do wiadomości, że w przyrodzie wszystko ciągle zmienia swą formę, ale tak naprawdę nie ginie. Te opowieści więcej mnie nauczyły niż wszystkie nauki szkolne.
Któregoś dnia Mama zabrała mnie ze sobą na akademię w związku z rocznicą rewolucji Październikowej, do sali kinowej. Pamiętam długie kolejki do stołów przy których „ptaszkowano” jak Mama mówiła każdego obecnego. Akademia oczywiście zaczęła się od referatu wygłaszanego po ukraińsku, potem ktoś śpiewał, ale na mnie największe wrazenie zrobił jednoosobowo wykonany „Hopak”. Prysiudy i klepanie się po róznych częściach ciała wydawały mi się nieodparcie wspaniałe. W zestawieniu z nim polskie krakowiaki, czy nieśmiertelne ”Zasiali górale”, które oglądałam na licznych akademiach szkolnych przed wojną to były spokojne tańce towarzyskie. Kiedy więc dyrektor gimnazjum uprzejmie mnie zapytał, co mi się najbardziej podobało, bez wahania oznajmiłam, że hopak i następnie wykonałam ów taniec. Mama zbladła, bo smarkula pokazała tak dobrą karykaturę tego tańca, że dyrektor mogł po prostu poczuć się urażony. Ale jak teraz o tym myślę, to chyba się nie poczuł.
O Ojcu nie mieliśmy żadnych wiadomości. Dni płynęły. Nikt nie miał czasu by chodzić ze mną na spacery, zresztą nie było to konieczne bo mieszkalismy na obrzeżu gimnazjalnego ogrodu botanicznego, gdzie mogłam sama się bawić, nawet bez nadzoru Brata czy Mamy. Tego roku zima zaczęła się stosunkowo wczesnie i nieoczekiwanie odmroziłam sobie palce rąk. Trochę mnie to bolało ale jakos doprowadzono to do jakiego takiego porządku, chociaż do dzisiaj palce oby rąk noszą ślady odmrożeń.
Zbliżało się Boże Narodzenie. O drzewku nawet nie było co marzyć. Jej rolę pełniła wielka palma zdobiąca salon. Brat dał mi wielką kulę sreberek z cukierków i z dumą siedziałam wieczorami produkując z nich błyszczące ozdoby. Nie były one szczególnie wymyslne ale za to pieknie błyszczały w blasku świeczek.
W wieczór wigilijny w mieszkaniu pojawił się stary, obdarty, zarośnięty i brudny Tatuś. W tym czasie aresztowania stały się chlebem powszednim wśród borysławiaków. Na pocztku zaaresztowano Prezydenta Miasta, Kazimierza Rossowskiego, później poszczególnych znaczących w życiu społecznym innych obywateli i własnie przyszedł czas na oficerów. Ojciec musiał się ukrywać, co było szczególnie trudne w obecności w mieszkaniu rosyjskiego urzędnika. W dodatku Ojciec cierpiał na owrzodzenie dwunastnicy i czasem wymagał pomocy lekarza. Na szczęście dyrektor wyjechał na kilka dni i jakoś można było pomoc lekarską zapewnić. Trzeba jednak było podjąć natychmiastową decyzję co dalej robić. Rodzice zdecydowali, że pojedziemy do Rodziców Ojca do Lwowa. Mój Brat w tym czasie chorował na zapalenie płuc i jak się wydawało nie bardzo mógł odbywać taka podróz w środku mroźnej wyjątkowo zimy. Zdecydowano, że Rodzice ze mną pojadą 2 stycznia a Mama 4. wróci po Klimka i niezbędne rzeczy. W końcu nawet gdyby przyszli po Ojca, to przecież nie zaaresztują 15-latka i to chorego. Mój Boże, jak mało wiedziano w Polsce o tym co naprawdę dzieje się nie tylko na terenach zajętych przez siwertów, ale i w całym ZSRR!
Świetnie pamiętam podróż pociągiem (pierwsza w życiu!). Odbyliśmy ją w wagonie 4 klasy, zatłoczonym, pełnym polskich i ukraińskich chłopów, w chustach i kołpakach, starych i młodych Żydów. Wszyscy z pakunkami i zawiniątkami, napoły rozwalającymi się kuferkami. Pogoda była wspaniała, słońce rozświetlało wnętrze wagonu a w mroźnym powietrzu przez niedomknięte okna wpadału połyskliwe mikroskopijne cząsteczki śniegu. Nigdy ani wczesniej ani później nie widziałam tak wspaniałych wzorów malowanych przez mróz na szybach jak wtedy. Pewnie nie mogąc się ruszac przez kilka godzin znalazłam sobie zajęcie próbując zrozumieć znaczenia tych niezwykłych rysunków.
Natychmiast po wyjściu z dworca, już zreszta chyba zniszczonego bombami niemieckimi odkryłam, że nie ma w powietrzu zapachu nafty, który w Borysławiu unosił się wszędzie i wszystko przenikał. Pierwszy raz w życiu widziałam ulice zabudowane wysokimi dwu a czasem i trzypiętrowymi kamienicami. Po ulicach jeździły tramwaje i dorozki, od czasu do czasu trafiały się wojskowe ciężarówki, natomiast nie było samochodów osobowych. O ile wiem zostały one skonfiskowane na potrzeby woskowe przez najpierw polska armię , a to co pozostało przez sowietów. Zresztą dla cywilów z pewnością zdobycie paliwa nie wchodziło w ogóle w grę. Lwów wydawał mi się cudowny, chociaż zupełnie obcy, nie mój. Może to przez ten inny zapach?
Po paru dniach od wyjazdu Mamy do Borysławia dotarła do nas wiadomość, ze w nocy z 2 na 3 stycznia Klimek został aresztowany, a Mama próbuje coś się dowiedzieć i przynajmniej zorientowac się dlaczego chorego chłopca zabrano na NKWD. To jednak nie po Ojca przyszli wtedy, to po niego. Grupa harcerzy pod przywództwem jednego z profesorów gimnazjalnych utworzyła oddziałek majacy pomagać w ucieczce przez góry do Rumunii ukrywającym się oficerom i znaczącym osobm. Niestety żaden z nich z przywódcą włacznie nie miał pojęcia o zachowaniu ostrożności. Kolega z klasy doniósł na nich i całą szóstkę zaaresztowano. Starania Mamy przyniosły skutek tylko w postaci zgody na dostarczanie paczek z jedzeniem dla Klimka. Nie pozwolono jej na widzenie (nic dziwnego , jak się okazało, był straszliwie pobity, z połamanymi żebrami). Z Borysławia przeniesiono go do Drohobycza, potem do Charkowa a po procesie, oczywiście bez adwokata i innych europejskich wymysłów znalazł się w Domu Poprawczym w Odessie. I dopiero wtedy dostaliśmy list od niego. Nasze niestety nie dochodziły doń.



Komentarze
Pokaż komentarze (16)