rannal rannal
41
BLOG

Lwów, miasto i ich i moje...

rannal rannal Polityka Obserwuj notkę 2
Była to jedna z pierwszych wycieczek do Lwowa zorganizowana przez Juwentur. Wybraliśmy się z moim przyjacielem, historykiem sztuki oficjalnie by zbierać materiały do prac naukowych, ale tak naprawde by poodwiedzać przyjaciół i znajomych, w pierwszym rzędzie profesora Mieczysława Gębarowicza wybitnego historyka sztuki, który pozostał we Lwowie, by ratować co się da z polskich zasobów muzealnych „zaaresztowanych” w tym miescie. Oczywiście zaopatrzylismy się w odpowiednie pisma z Uniwersytetu Warszawskiego zawierające prośbę o pozwolenie na korzystanie ze zbiorów bibliotecznych i fotografowanie eksponatów muzealnych. Przy okazji zabraliśmy po kilkanaście bloków listowych, o które prosił Profesor ( w tym czasie nie było łatwo zdobyc we Lwowie jakikolwiek porzadniejszy papier), kilkadziesiąt bułek (też nie można było w sklepach lwowskich takowych dostać, tak, tak, sama to sprawdziłam!), trochę kopert i tak zaopatrzeni wsiedliśmy w Przemyślu do autokaru, w którym byliśmy zdecydowanie najmłodsi, mimo, ze wycieczka miała być dla młodzieży. W końcu wykupiona była w Juwenturze, biurze działającym pod patronatem ZMP.
Polska odprawa celna przebiegła błyskawicznie, nikt nas nie sprawdzał i spokojnie wjechalisny do ZSRR. Byłam, jak już napisałam chyba najmłodszą uczestniczką wycieczki, ubrana byłam zgodnie z obowiazujacą w tym czasie turystyczną modą dla młodych kobiet, ale na nogach miałam modne wtedy klapki ze złoconymi wstawkami i to mnie prawdopodobnie zgubiło. Mój bagaż jako jedyny wywalono na stół i... sprawdzano nawet szwy odzieży, klapki wzięto do sprawdzenia i zakwestionowano te bloki listowe przeglądając je starannie i długo. Uratowało mnie pismo UW. Szczerze mówiąc kompletnie nie rozumiem do dzisiaj do końca, dlaczego stałam się podejrzaną, i o co?

Zakwaterowano nas w Hotelu George’a na Akademickiej najlepszym przedwojennym hotelu lwowskim. U wejścia przywitał nas ubrany w niezwykle bogaty strój z ze złotym szamerunkiem pan, który okazał się portierem, podano w pieknej sali obiad, smaczny i obfity po czym nasza opiekunka-przewodniczka kazała nam wsiąść do autokaru i zawiozła nas na Hołm Sławy, czyli lwowski Cmentarz Żołnierzy Radzieckich. Mieścił się (i chyba dalej coś tam z niego zostało) on na tyłach Cmentarza Łyczakowskiego. Milcząc wysłuchaliśmy półgodzinnego wykładu na temat wkładu bohaterskiej Armii Czerwonej w dzieło „niezawiesimej” Ukrainy i wróciliśmy do Hotelu na wczesną kolację jako, ze wszyscy byliśmy niewyspani. Sprawdziwszy, że etażowa na chwilę zniknęła ze swego miejsca wymknęliśmy się cichcem z hotelu i poszliśmy do mieszkającego zresztą blisko Profesora Gębarowicza, który serdecznie nas przywitał. Bloki, koperty i bułki zostały przyjęte z zadowoleniem, pogadaliśmy o interesujących nas sprawach (Profesor był przyjacielem moich Rodziców od czasów studenckich więc bardzo był zainteresowany, co na bieżąco się u nich dzieje). Zebralismy następne zlecenia i wróciliśmy do dosyć ponurych przez zielonoszary kolor ścian pokoi.

Zaopatrzeni w pisma UW uznaliśmy, że możemy spokojnie wymykać się z pod opieki naszej dolmeczerki, kiedy uznamy to za właściwe. Rano po znowu bardzo obfitym sniadaniu pojechaliśmy zwiedzać Rynek i okolice. Pokazano nam w Rynku dom, w którym kiedyś zatrzymał się Krzywonos i inny wsławiony wizytą Chmielnickiego, wiele mówiono o wielkim narodzie ukraińskim (autentycznie!, który od 12 wieku ... O kamienicy Sobieskiego mowy być nie mogło.

Odłączyliśmy się od wycieczki i skierowaliśmy się do Kościoła Dominikanów, cudownego barokowego cacka, o którym wspomina się w wielu historiach architektury. Tylko dzięki protekcji znajomego Profesora Gębarowicza weszliśmy z przyjacielem do wnętrza. To co tam zastaliśmy to było koszmarne. Zniknęły złote ozdoby, misterne barokowe i rokokowe rzeźby okaleczone. ściany z zaciekami, posadzka podziurawiona. Nic dziwnego, kościół służył od końca wojny za magazyn soli.

Bardzo zszokowani wyszliśmy z kościoła i już sami wędrowaliśmy po uliczkach, zaglądaliśmy do pokiereszowanych wewnatrz bram, zasypanych górami smieci, patrzyliśmy na jezdnie i chodniki od września 1939 roku nie naprawiane. Katedra była otwarta ale pogrążona w ciemności, kaplica Boimów też. Oczywiście poszliśmy do mojej kamienicy na ulicy Długosza. Mijaliśmy zamkniety kościół św. Mikołaja, na szczęscie pełniącego role magazynu książek graniczącej z nim Biblioteki Uniwersyteckiej, stary budynek Uniwersytetu i już byliśmy na Długosza, potem pod górę i znaleźliśmy się przy mojej kamienicy. Jak memento pierwszy stopień kamiennych schodków wiodących do bramy był odsuniety pod katem 30 stopni tak jak było to w dniu naszego wyjazdu ze Lwowa.

Następnego dnia nawet nie zameldowaliśmy się u przewodniczki tylko poszliśmy każdy w swoja stronę. Janusz do muzeum ja do Biblioteki Uniwersyteckiej, gdzie zoastałam przyjęta prawie owacyjnie. Oczywiście dzieki mojej Mamie, która swoja karierę naukowa zaczynała w BU, a później w czasie wojny też w n iej pracowała. Nawet Dyrektor zawiadomiony o mojej obecności przyszedł by się ze mna przywitać. Muszę powiedzieć, że przyjmowali mnie zarówno Polacy jeszcze pracujący jak i Ukraińcy. Ucieszyłam się też z faktu, ze piekna czytelnia zniszczona bombami w 1944 roku została starannie odbudowana. Kiedy załatwiłam sobie możliwość zapoznania się z materiałami o które mi chodziło, wyszłam do ogrodu botanicznego, w którym właściwie uczyłam się przyrody i bawiłam z rówieśnikami. Wyszłam na Długosza. Tym razem po to by odwiedzić tych sasiadów, którzy we Lwowie pozostali, a także spróbować wejść do mieszkania, w którym kiedyś mieszkałam.

Odnalazłam Ukrainkę Pazię, dozorczynię, która w czasie wojny pomagała w ukrywaniu zarówno Żydów jak i łączników z GG (Generalnej Guberni), kiedyś młoda teraz wydawała mi się mocno starszą Panią, dwie bardzo stare lokatorki z 1 pietra, i wreszcie bardzo niesmiało zadzwoniłam do drzwi naszego byłego mieszkania. Tu muszę troche cofnąć się do czasów przed repatriacją. Otóż mieszkanie wraz z meblami udało się nam przekazać bezpośrednio przeniesionemu z Kijowa profesorowi uniwersytetu. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu w skrytce empirowego biureczka znaleźli oni bardzo cenne dla naszej rodziny listy, które uznaliśmy za zaginione i dwa sznurki pereł, jedyna biżuterię jaka udało się ocalić z pozogi wojennej. Przez znajomych Państwo K. przekazali nam znalezione pamiątki do Warszawy. Kiedy żona profesora K. otworzyła drzwi i powiedziałam kim jestem, przywitała mnie niezwykle: „Może Pani wchodzić swobodnie do mieszkania, przecież zostawiliśmy Państwu klucz.” Prawdę mówiąc do dzisiaj czuję wzruszenie, kiedy o tym piszę. Jakby mało było tego Pani K. pokazała mi pięknie odmalowane drzwi na których futrynie Rodzice zaznaczali mój wzrost z celowo pozostawionymi kreskami i datami, a na odmalowanym również ganku ścianę z zachowanymi moimi malunkami. „Wiedzieliśmy, że kiedyś Pani przyjedzie i proszę pamiętać, ze jest Pani u siebie”. To było naprawdę coś wspaniałego nagle zetknąć się z taka wrażliwością i autentyczna życzliwością dla ludzi.

Wracałam do hotelu trochę dłuższą drogą, drogą, którą chodziłam do szkoły. Trzeba było zejść ulicą Jakuba Strzemię do Zyblikiewicza, jednaj z głównych ulic lwowskich a później iść do ulicy św. Mikołaja, na której opłakiwałam swoja pierwsza w zyciu dwóję z przepisywania i to tak rzewnie, że kobiety podchodziły do mnie pytając czy Niemcy kogoś mi zabrali.... Mijało się po drodze kaplicę Bazylianów, skąd zawsze bił blask świec i lampek. I w dniu tej mojej pielgrzymki w przeszłość zobaczyłam ten sam blask. Zdziwiona zajrzałam do wnętrza. To co zobaczyłam spowodowało, ze poczułam się jak w środku rewolucji francuskiej. Ołtarz był ladą barową obsługiwaną przez czarnowłosą kobietę w bardzo kolorowej sukni, a o bar oparci stali mężczyźni, ławki pełniły rolę stołów barowych, i zmienił się tylko rodzaj oświetlenia. W tych samych miejscach gdzie stały wielkie świece, teraz były zainstalowane lampy elektryczne...

Kiedy późnym popołudniem wybrałam się na Wysoki Zamek, miejscem, które miało być punktem zbornym lwowskiej Godziny 0, na szczęście odwołanej po informacji o represjach w Wilnie, i spotkałam tam młodą parę Ukraińców z pod Kijowa,, którzy rok wcześniej osiedlili się we Lwowie łatwiej było mi zrozumieć i dopuścic do siebie świadomość, że Lwów to jest, albo niedługo będzie ich miasto, tak jak zawsze będzie ono jakoś moje.

PS. A w sklepach faktycznie nie można było kupić niczego... Oczywiście poza niezwykle tanią biżuterią. Z jedzeniem było o wiele gorzej a na targowiskach chłopi sprzedawali kilka marchewek, parę kilo kartofli, po kilka gruszek... A przed wojną Ukraińcy w tym regionie słynęli ze wspaniałych sadów i ogrodów.











rannal
O mnie rannal

Jestem średniakiem. Srednia inteligencja, średni wzrost i poniżej średniej emerytura.Interesuję się człowiekiem, jego twórczością, psychiką, reakcją na różne sytuacja i to prowadzi mnie do socjologii, psychologii społecznej i politologii.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka