rannal rannal
60
BLOG

Wojennym przyjaciołom i ...Samejsłodyczy poświęcam. Część I

rannal rannal Kultura Obserwuj notkę 18
Zawsze byłam najmłodsza. Zawsze, aż do chwili gdy uswiadomiłam sobie nagle, że jestem wśród swoich najstarsza. Potem krąg tych dla których byłam najstarsza zaczął się gwałtownie poszerzać. Dało mi to wiele różnych, najczęściej pozytywnych doznań.

Bycie najmłodszą pozwalało na bezpieczne chowanie się za silniejszymi, często zwalniało od podejmowania decyzji, a także od ponoszenia pełnych konsekwencji za skutki moich poczynań. Było bardzo wygodne.

W domu rodzinnym było to naturalne, że obchodzono się ze mną jak z porcelanową, cenna figurką. Brat był starszy o 10 lat, rodzice, nianie, ciotki czy dziadkowie, nawet znajomi rodzinni uważali za swój obowiązek zachwycać się mną, obdarowywać mnie usciskami i zachwytami, brać mnie na ręce i, co ważniejsze robić to czego sobie życzyłam.

Tak się złożyło, że wśród znajomych w miescie była zaledwie jedna moja rówieśniczka i nasze rżadkie spotkania polegały na wzajemnym obserwowaniu się i krążeniu wokół siebie z poczuciem, że ta druga jest w jakiś sposób podobna i niepodobna do mnie. Dzieliło nas to, że nie umiałyśmy się porozumieć ani ze sobą nawzajem, ani z innymi dizecmi. Podejrzewam, że ja chłonęłam świat, a ona chciała go tworzyć. Na wspólnych zdjęciach prezentujemy się z poważnymi, wręcz naburmuszonymi minami.sztywne i jakby osobne. Katarzynka była sliczną, zgrabną czarnooką dziewczynką, zawsze ubrana w piekne sukienki, z kędzierzawymi włoskami podczas gdy ja miałam krótkie, lekko falowane, jasne włosy, byłam wyższa i nie tak zgrabna jak ona. Moje rajtuzy były pofałdowane, płaszczyk niedbale rozpięty, a Katarzynka w slicznych podkolanówkach , w uroczej sukience prezentowała się znakomicie. Nasze losy wojenne potoczyły się kompletnie inaczej. Ona z matką od kwietnia 1940 do kwietnia 45. była w Kazachstanie. Ja cudem tego uniknęłam. Do Polski jechałysmy ze Lwowa jednym samochodem ciężarowym z transportu uniwersyteckiego.

Oczywiście w częste wyprawy do śródmieścia (jeżeli można nazwać śródmieściem obszar nieco gęstszych zabudowan i sklepów ówczesnego Borysławia) pozwalały na zanotowanie w pamięci innych dzieci i innego świata. Malownicze postacie Żydów w jarmułkach, białych pończochach i z pejsami, czarnowłosych, kędzierzawych i w wiecznie brudnych ubrankach dzieci, smukłych i pięknych Ukrainek i rosłych mężczyzn w serdakach wyraźnie świadczyły o swoim istnieniu ale jakby obracali się w innej rzeczywistości. Byli poza moim zasięgiem trochę jak postacie z filmu albo z ruchomych obrazów, jakby nasze drogi nigdy nie miały się zetknąć. Inne dzieci, które pojawiają mi się w pamieci, to te, na które patrzyłam w czasie wakacyjnych odwiedzin organizowanych przez Borysławskie panie kolonii dla dzieci z biednych rodzin. Obie z Katarzynką zwiedziłyśmy wiele takich kolonii i zawsze stałyśmy jakoś z boku, sztywne i... samotne.

Wojna zmieniła wszystko. Ucieczka do Lwowa w konsekwencji postawiła mnie w samym środku świata innych dzieci, z którymi musiałam się nie tylko zaznajomić ale i zaprzyjaźnić.Mieliśmy wspólny długi ganek i wspólne podwórko a ponadto one miały zabawki a ja ani jednej. Szczęściem w tym nieszczęściu było to, że byłam od nich młodsza. We Lwowie rodzice mieli też dawne grono przyjaciół, rodziny i znajomych z dziećmi mniej więcej w moim wieku i tak z dnia na dzień wkroczyłam w rzeczywisty świat społeczny wymagający uwzględniania istnienia współzawodnictwa, uzgadniania, wspólnych planów.

W sąsiednim mieszkaniu mieszkala rodzina państwa Szportunów, z dwojgiem dzieci, starszą odemnie o 5 lat Zuzanną i o dwa lata starszym Ryskiem. Właściwie te pięć lat wojny, z trzymiesięczna przerwą na ziwdzianie Kazachstanu, wychowywaliśmy się razem. Łączył nas w pierwszym rzędzie cudowny ganek biegnący od drzwi naszej kuchni do kuchennej klatki schodowej skąd prowadziło wej scie do ich kuchni. Ich stary pies Reksio miał poduszkę w załomie ganka, a ich kot czasami odwiedzał nas, gdy przypadkiem dochodziły do niego interesujące zapachy. W oknie pokoju wychodzącym na ganek mieszkał kanarek a w rogu okna nieodmiennie królował wielki pająk, który był pod osobistą ochrona Zulki, Nic więc dziwnego, że bawiąc się na ganku szyko zbliżyliśmy się do siebie. Graliśmy w okręty, w klasy, w piłkę, w berka i chowanego. Strzelaliśmy z łuku, rozgrywaliśmy partie gier karcianych jak „tocza”, remika, wojnę. Rysowaliśmy lalki i projektowaliśmy dla nich ubranka, budowaliśmy zamki z klocków, urządzaliśmy przedstawienia. Razem chodziliśmy po Lwowie, do parków i do kosciołów. Najmłodsza i najsłabsza nauczyłam się, że najpierw trzeba przegrywać, a potem czasem można wygrać. I to była świetna nauka.

Rysiek stał się moim idolem. Był namiętnym „czytaczem”. Czytał w dzień i w nocy, czasem przy świecy lub lampie naftowej, kiedy całymi tygodniami a nawet miesiącami nie było elektryczności, w piwnicy podczas bombardowań i ostrzałów, w ubikacji i na schodach kuchennych. Nic nie mogło go, oderwać od ciekawej lektury, co, jako, że już umiałam czytać, bardzo dobrze wpłynęło na moje zamiłowanie do czytania. Początkowo Rysiek pozwalał mi przeczytać jakąś książkę, którą wydzielił mu Ojciec z zamykanej na klucz półki bibliotecznej, ale szybko sytuacja się zmieniła. Kiedy Mama znowu pracowała w Bibliotece Uniwersyteckiej i zaczęła przynosić mi stosy książek, nareszcie to ja miałam pewna przewagę – nowe książki do czytania.

Wszyscy troje Zulka, Rysiek i ja w pewnym momencie zaczęlismy się fascynować teatrem. Wśród książek prawniczych mojego Stryja, w szafie mieszkania na Długosza wyszperałam 5-cio tomowe dziewiętnastowieczne wydanie dzieł Szekspira w tłum aczeniu Paszkowskiego. Odgrywakismy różne sceny (z Zulką kłóciłyśmy się, która ma być Ofelią w scenie obłedu, bo ja twierdziłam, że Zulka jako syatrsza powinna grać królową, a ja młodsza Ofelię). Inne sceny znajdowaliśmy w przedwojennych wydaniach wypisów gimnazjalnych i licealnych „Mówia Wieki”. Wszystko to zaowocowało przedstawieniem kukiełkowym fragmentów „Wesela” Wyspiańskiego dla całej kamienicy (uczestniczyła w nim na widowni nawet nasza dozorczyni, Ukrainka Pasia).

Ale najbardziej zbliżył nas do siebie wspólny pobyt w piwnicach, które miały nas chronić przed bombami, co było, jak dzisiaj sadzę, czystą fikcją, bo domu były budowane w przeważającej mierze z cienkiej cegły i drewna.


rannal
O mnie rannal

Jestem średniakiem. Srednia inteligencja, średni wzrost i poniżej średniej emerytura.Interesuję się człowiekiem, jego twórczością, psychiką, reakcją na różne sytuacja i to prowadzi mnie do socjologii, psychologii społecznej i politologii.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (18)

Inne tematy w dziale Kultura