Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie ma złudzeń, że Donald Tusk chciał się pozbyć Mariusz Kamińskiego od pierwszego dnia swojego urzędowania. Powodów można by znaleźć sporo i trochę więcej.
Kalendarium zdarzeń mówi zresztą o tym bez jakichkolwiek wątpliwości. To nie był kolega Premiera, ani też osoba godna gry w piłkę w jego drużynie. To są fakty.
Tusk przez całe dwa lata urzędowania miał na karku tę niewygodną postać. Z tym człowiekiem nie szło się nawet napić, nie mówiąc już o wspólnym obiedzie. Po prostu – Kamiński nie dał się lubić.
Naturalnym jest więc, że Premier chciał się pozbyć PIS-owskiego podrzutka. Był nieprzewidywalny w powierzonej mu misji. Był ciałem obcym wśród otoczenia Premiera. Był po prostu grozny.
Wydaje mi się, że tak po ludzku, to Kamiński nie da się lubić. To taki facet, co widzi w dwóch kolorach. Takich się na ogół nie lubi. Kaczyńskiemu też wywinął numer z ministrem Lipcem. Też nie bywał na PIS-owskich salonach. Budował „swoją” służbę. Służbę ascetyczną , wierną Państwu i apolityczną.
Kaczyński, ten bez samochodu, prawa jazdy, konta w banku i z zerowymi kontaktami biznesowymi był w stanie zaakceptować tego bezkompromisowa. Łączyła ich bezinteresowność.
Donald Tusk dostał jednak okazję by pozbyć się tego intruza. Kamiński zainteresował się najbliższym otoczeniem Premiera. Wydał tym samym wyrok na siebie już owego feralnego, sierpniowego dnia, kiedy spotkał się z nim spotkał.
Trudno walczyć takiej postaci z wyrafinowanym graczem, otoczonym sztabem wszelakiej maści doradców.
Tusk prowadził intrygi przeciw Kamińskiemu od początku swojego urzędowania. Ciosem w szefa CBA miała być misternie skonstruowana prowokacja ,przy użyciu dyspozycyjnych prokuratorów w prokuraturze rzeszowskiej. O postawieniu zarzutów Kamińskiemu zadecydowano już w maju tego roku, o czym wiedział Tusk ( sam to przyznał).
Kamińskiego zwodzono.
Tusk doskonale wiedział po pierwszej rozmowie z Kamińskim, że sytuacja musi ulec przyspieszeniu. Wiedział, że nie może dopuścić do medialnego wycieku. Popełnił jednak szereg błędów. Największym było to, że przez nieudolność „spalił” akcję CBA i nie wstrzymał prowokacji rzeszowskiej prokuratury.
Kamiński w tym momencie wiedział już, że Premier go zdradził. Pozostało jedno: dramatyczny krok w postaci przekazania materiałów dotyczącej tajnej operacji prezydium Sejmu i Senatu.
W tych okolicznościach Donaldowi Tuskowi nie pozostało już nic innego, jak dokonać przecieku do mediów i poświęcić Chlebowskiego i Drzewieckiego. Tylko taki ruch stawiał go w uprzywilejowanej pozycji.To był drugi przeciek.
Myślę, że przyszła komisja śledcza rozważy też ten wątek.


Komentarze
Pokaż komentarze (36)