Byliśmy wiceliderem ze stratą jednego punktu do lidera. Pozostały trzy kolejki do końca rozgrywek. Z 16 drużyn awansowała tylko jedna. Lider miał dwa spotkania u siebie, a my tylko jedno…
Na dodatek , w tej 28 kolejce graliśmy na wyjeździe z trzecim w tabeli, który miał tylko jeden punkt mniej niż my. Po prostu, beznadzieja. Dalszy terminarz był dla nas już tylko złudzeniem. Ten mecz trzeba było wygrać, by jeszcze się łudzić. Fatalnie to wyglądało, bo nasi przeciwnicy posiadali najmniejsze rozmiarowo boisko, opanowane do perfekcji przez nich. Nie przegrali u siebie żadnego meczu. My zaś mieliśmy „lotnisko”, takie San Siro. Nie dla nas taki ring.
Miałem w OZPN swojego człowieka. To on robił obsady sędziowskie na poszczególne mecze. Robił je ‘pod nas”, bo ja znałem dobrze 2/3 sędziów. Robił tak do 20 kolejki. Potem się wycofał z moich sugestii, bo Prezes zaczął ewidentnie faworyzować lidera i sam ustalał kto ma sędziować mecze lidera i nasze. Było oczywiste, że lider pozyskał Prezesa. Pomimo tego wiedziałem, kto będzie sędziował. W tamtym czasie obsady sędziowskie były utajnione, nie to, co dziś.
No więc ten mecz miał sędziować X. Sędzia wieloletni, z dorobkiem drugoligowym oraz stały obsadowy pierwszej ligi futsalu. Mój znajomy. Cwana bestia. Zmanierowany i łasy na „komplementy”.
Nie zadzwoniłem do niego. Wiedziałem, że sobie „zażyczy”. Pomyślałem, że wystarczy, jak zobaczy mnie na meczu. Przyszedł po protokół meczowy do szatni. Powiedziałem mu, że życzę „tysiąca”
udanych decyzji… Zresztą była to ułuda na ten czas, bo nasze szanse na awans i tak były mierne.
Sędziował dzielnie, do 75 minuty. Graliśmy dobrze. W 70 minucie dał karnego dla nas. Ewidentny faul w polu karnym, nie musiał się podkładać. 1:0 dla nas !
Zaczęło się piekło. Kibice gospodarzy stali się agresywni. Sędzia uległ presji. Czerwona kartka dla naszego skrzydłowego. Obrona Częstochowy i bezkarna gra faul. Minuta 88 i 1:1. Dotrwaliśmy. „Tysiąca „ nie było, bo z jakiej racji…
Wydawało się, że szansa zmarnowana, ale lider też tylko zremisował u siebie, ze średniakiem, któremu na wyjeździe zaaplikował 3 gole ! Dalej jesteśmy w grze.
Przedostatnia kolejka, gramy z czwartym od końca tabeli, też na wyjeździe. Oni niepewni utrzymania, my z wątłym płomykiem nadziei, wszak lider gra na wyjeździe z „czerwoną latarnią” tabeli – pewne trzy punkty.
Do dziś nie wiem jak to się stało i zapewne nigdy się nie dowiem, ale było tak:
Moim pracownikiem był kapitan tej drużyny z ostatniego miejsca w tabeli. Poprosiłem go do siebie i rozmawialiśmy. Powiedziałem: wygrajcie. Postarajcie się i dałem mu motywacyjne, skromne 1.500 zł dla drużyny. Warunek, że wygrają. Powiem szczerze, że był to akt desperacji, bo oni i tak spadali, a lider był poza ich zasięgiem.
Główny sponsor powiedział: jedz w niedzielę z drużyną, a ja pojadę na „lidera”. Mrugnął okiem przy tym, do dziś nie wiem, czy filutersko, czy też była to zgrywa.
Wygraliśmy po chyba jednym z najlepszych meczów 3:0. Lider przegrał 1:3 !!!!
Zostaliśmy na kolejkę przed końcem rozgrywek liderem tabeli z dwoma punktami przewagi nad stawką.
Po tej kolejce nasz przeciwnik zwolnił trenera oraz wywalił ze składu bramkarza.
Pozostała ostatnia kolejka. Niby formalność, ale przeciwnik zajmował czwarte miejsce w tabeli. Były lider grał zaś u siebie z tym trzecim w tabeli.
* - ten tekst jest wytworem mojej wyobraźni. Wszelkie podobieństwa są przypadkowe i niezamierzone
C.D.N.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)